Tematyką bloga ma być pielęgnacja moich włosów oraz ich zapuszczanie. Blog mam mi służyć głównie jako miejsce zapisywania różnych spostrzeżeń, obserwacji związanych z pielęgnacją włosów, a także jako źródło informacji dla osób zainteresowanych tematem.

piątek, 27 grudnia 2013

Cassia Henne Natur - podejście drugie.

Pół opakowania owej henny zużyłam w czerwcu, drugie pół przygotowałam sobie w Boże Narodzenie. I to się nazywają fajne święta =).



            Przygotowanie           

Cassia zalana tym razem samą wodą tuż po pasterce, stała ok 6-7 h w pobliżu kaloryfera. Nie było jej zbyt gorąco, nie parowała, nie podsuszyła się nawet. Rano dolałam jeszcze trochę wody i wymieszałam cassię ponownie, tym razem mikserem. Otrzymana konsystencja była lejąca, ale nie wodnista - trzymała się dobrze na włosach i pół opakowania ( 45 g) cassi spokojnie wystarczyło na pokrycie całych włosów i skóry głowy.


            Aplikacja           
Włosy wymyłam szamponem Barwa naturalna agrestowym. Jest to siarczanowy mocno oczyszczający włosy szampon który można kupić w każdym kiosku czy GSie za 3 zł ( mój kosztował 2,70). Używam go raz na ruski miesiąc albo jeszcze rzadziej - zazwyczaj na takie właśnie okazje jak cassia, poza tym moje włosy nie potrzebują aż tak mocnego oczyszczania. Bardzo lubię ten szampon za to że ma ładny kolor, piękny mocny ( lekko chemiczny) zapach i bardzo dobrze się pieni.
Po myciu nie suszyłam włosów tak jak ostatnio tylko nałożyłam papkę na mokre włosy osuszone tylko ręcznikiem. Włosy nad karkiem wysmarował mi chłopak.  Później nałożył mi też siatkę jednorazową i zakleił ją z tyłu taśmą, żeby się dobrze trzymała. Na to stary ręcznik, naprawdę stary, żeby nie było szkody kiedy się ufarbuje tak jak poprzedni, i siadamy oglądać Elfen Lied.
5 odcinków później spłukałam bardzo dokładnie to co miałam na głowie i nałożyłam dużą ilość maski Alterra Aloes i Granat. Po 30 minutach ( jeszcze jeden odcinek) spłukałam maskę. Po aplikacji tej maski już przy spłukiwaniu moje włosy stają się gładkie i śliskie, dzięki temu udało mi się bardzo dokładnie wypłukać całą cassię. Później na włosy już nic nie nakładałam, rozczesałam je i zostawiłam rozpuszczone do wyschnięcia.


            Efekty           

Włosy przy schnięciu były lekko spuszone i suche, ale tak jest u mnie zawsze. Po całkowitym wyschnięciu wygładziły się i ułożyły. Poprawił się ich skręt, ostatnimi czasy nawet po porządnej stylizacji tak nie falowały. Nabrały także objętości - głównie wizualnie bo warkocz jaki był, taki jest, nie przytył ani odrobinkę.W dotyku były gładziutkie, ale jednocześnie sztywniejsze i bardziej elastyczne. Nie lubię efektu miękkich włosów, u mnie nie jest on wskazany bo włosy same z siebie są miękkie i delikatne. Włosy po zapleceniu w warkocz pofalowały się mocniej niż zwykle.
Jest też widoczna różnica w kolorze - włosy są jaśniejsze! Nie musiałam się doszukiwać różnicy w kolorze tak jak ostatnio, i kombinować że "może jak podrosną to zauważę, ze odrost jest ciemniejszy". Po prostu spojrzałam w lustro gdy włosy już były suche i stwierdziłam że są jaśniejsze. Różnicę zauważył tez mój chłopak, i to sam z siebie! Oczywiście włosy nie są rozjaśnione jak po farbie, różnica raczej polega na pojawieniu się słonecznych, ciepłych refleksów. Taki efekt bardzo mi się podoba, tym bardziej ze teraz moje włosy rosną ciemniejsze od reszty i w bardziej szarym, chłodnym odcieniu.


           Porównanie           

Efekty poprzedniej zabawy z cassią nie były aż tak zadowalające - tym razem wprowadziłam kilka modyfikacji i jestem bardzo zadowolona:
-Użyłam po prostu wody, nie zakwaszałam mieszanki kwaskiem cytrynowym, odstawiłam ją też na krócej ( 6 h zamiast 12).
- Nie suszyłam włosów przed aplikacją, jedynie odsączyłam je ręcznikiem.
- Zrobiłam nieco rzadszą miksturę niż ostatnio i znalazłam pomocnika, dzięki czemu przygotowana porcja wystarczyła mi na całe włosy i nałożyłam ją równomiernie.
- Uniknęłam splamienia ręcznika.
- Nałożyłam na włosy i na skalp maskę dzięki której wypłukałam z włosów całą cassię już przy pierwszym myciu. Nie zostawiałam włosów samym sobie po zabiegu, tylko je od razu porządnie nawilżyłam.
Teraz faktycznie widzę dobroczynny wpływ cassi na stan i kolor moich włosów. Po powrocie do Łodzi zamierzam sobie zamówić 3 opakowania tej cassi i nakładać ją częściej niż do tej pory - postaram się raz na miesiąc.

niedziela, 1 grudnia 2013

Miesięczna aktualizacja długości - Grudzień 2013

Dni są już krótkie, prawie przez cały czas jest ciemno i ciężko zrobić zdjęcie przyzwoitej jakości, szczególnie telefonem. W każdym razie coś zrobić się udało:
Szampon NS do wszystkich rodzajów włosów, maska Ziaja oliwkowa, jedwab Marion Natura Silk, żel Joanna mrożący ( tu akurat po stylizacji już nie ma śladu). Czerwona strzałka - grzywka w jej najkrótszym miejscu ( podwinięta).
Czerwona wstążka zaznaczająca miejsce już poniżej zapięcia stanika jest ledwie widoczna spod włosów. Następnym celem będzie wcięcie w talii, ale to pewnie dopiero w lutym.
Obecna długość włosów to 70 cm. Moim celem było 73 cm - czyli włosy już widocznie wystające poza zapięcie od stanika. Dlatego jeszcze nie przechodzę do kolejnego celu, poczekam jeszcze miesiąc albo dwa aż włosy dorosną do pożądanej długości. Niestety nie mam dokładnego pomiaru z początku listopada, więc nie jestem w stanie stwierdzić ile moje włosy urosły w tym miesiącu. I po raz kolejny obiecuję sobie, ze od teraz będę mierzyć włosy regularnie, co miesiąc ( i robić zdjęcie).

           Listopad           
Listopad minął mi na wcieraniu Jantaru przed myciem włosów - na ok 2 godziny przed, za to wewnętrznej suplementacji po prostu nie było - parę razy coś tam wypiłam i na tym koniec. Zajęłam się uzupełnianiem niedoboru żelaza, który zaskoczył mnie na początku miesiąca.  przyszłym tygodniu zbadam krew ponownie.
Za to w grudniu zamierzam nadrobić zaległości. Kupiłam wreszcie olejek Khadi stymulujący wzrost włosów, nad którego zakupem zastanawiałam się równe 2 lata =).

           Plany na grudzień           
* Wcieranie oleju Khadi w skalp na minimum 2 godziny przed każdym myciem
* Codzienny masaż skalpu
* Codzienna suplementacja skrzypokrzywą i drożdżami
* Wycinanie rozdwajających się końcówek
Planuję też kilka innych rzeczy ale nie wiem czy uda mi się je zrealizować, więc po prostu o nich nie piszę.
Pokładam duże nadzieje w nowym olejku, mam nadzieję że w styczniowej aktualizacji będę miała się czym pochwalić.

wtorek, 26 listopada 2013

Coraz więcej zniszczonych końcówek- co robić?

W ostatniej aktualizacji wspominałam, że moje włosy rozdwajają się w perfidny sposób, nie na samych końcówkach, ale na długości i przy cieniowaniu. Oczywiście walczyłam z problemem: olejując włosy przed każdym myciem, później pokrywając je warstwą silikonowego serum, i zaplatając - sporadycznie zdarzało mi się nosić je rozpuszczone.
Sytuacja się nie poprawiła, wręcz przeciwnie, pogarsza się. Rozdwojeń jest więcej, pojawiają się miotełki, włosy rozszczepiają się też powyżej końcówek. Jest źle. Bardzo.
Oczywiście większość włosów jest zdrowa, ale ilość tych zniszczonych ciągle wzrasta.
Sądzę że 95% włosomaniaczek w mojej sytuacji pobiegłoby obciąć zniszczenia. Niektóre z bardzo ciężkim sercem, bo zapuszczają włosy. Moje serce było wyjątkowo ciężkie, ponieważ od 2 lat ciągle tylko obcinam to co mi urosło. Dlatego wzięłam też pod uwagę inną opcję - wycinanie pojedynczych zniszczeń w domu, przy nauce. Czyli metodę nazywaną search & destroy.
Nazwa pochodzi z anglojęzycznego forum LHC (Long Hair Community) i tam stosuje ją mnóstwo osób które zapuszczają włosy i chcą uniknąć obcinania włosów. Więcej o tej metodzie pisała swojego czasu Henri.

Wypisałam sobie plusy i minusy obu opcji: obcięcia włosów i wycinania jedynie zniszczonych końcówek. I tak:
           Jeśli obetnę:           
+ Będę mieć jeden duży problem z głowy - tym problemem jest cieniowanie z którego jestem bardzo niezadowolona, którego chcę się pozbyć i więcej do niego nie wracać.
+ Będę mieć ładniejsze warkocze, ponieważ nie będą z nich wyłazić wycieniowane końcówki, a koniec warkocza nie będzie zdecydowanie cieńszy.
+ Końcówki będą w lepszym stanie - świeżo podcięte i gęstsze.
+ Końcówki będą również łatwiejsze w utrzymaniu - bo będą równe. Łatwiej będzie mi je pokryć silikonem, a przy podcięciach będę odświeżać wszystkie końcówki, a nie tylko ich część ( podczas gdy te wycieniowane wyżej będą się niszczyć coraz bardziej).
+ Będę mieć w końcu równą linię włosów ( a nie w kształcie litery "U") - i tutaj można by powtórzyć wszystkie powyższe punkty.

- 10-12 cm to minimalna długość jaką musiałabym obciąć żeby wyrównać włosy z cieniowaniem. Lekko licząc - byłabym co najmniej 8 miesięcy do tyłu (licząc po 1 -1,5 cm przyrostu na miesiąc). To za dużo.
- I tak zostaną mi zniszczenia wyżej - wycieniowane pasma są zniszczone jeszcze wyżej. Czyli albo obetnę jeszcze więcej włosów, albo obetnę ich i tak dużo, a nie pozbędę się zniszczeń.
- Obetnę dużo, potem zaniedbam ( bo przecież teraz są zdrowe)... a jak odrosną to znowu będą zniszczone i do obcięcia.
- Obetnę i zobaczę: "O, już niewiele mi brakuje żeby zacząć wyrównywać włosy z grzywką!". I będzie kusić. Grzywka w najdłuższym miejscu jest za obojczyk, w najkrótszym ledwo się łąpie do niskiego kucyka związanego na karku.
- Pójdę do fryzjerki i obetnie za dużo lub nie tak ( znowu mi zafunduje jakąś literę "U" lub, tym razem, inne cieniowanie). Poproszę o przysługę mężczyznę to albo odmówi obcięcia aż takiej ilości włosów, albo zacznie ciąć z rozmachem ( "w końcu to dużo, nie ma opcji ze przesadzę") i... przesadzi.

     Jeśli zostawię:     
+ Będę dumna że nadal trwam w moim postanowieniu (unikanie obcinania włosów jak się da, wytrwałe zapuszczanie).
+ Szybciej osiągnę mój cel jakim są włosy sięgające bioder.
+ Będę mieć większą motywację do zapuszczania i nie będą mnie kusić kolejne podcięcia.
+ Zmotywuję się też do częstszego upinania włosów w koki, do zaplatania ich, będę dbać o nie jeszcze bardziej i uczyć się nowych fryzur.
+ Radość z coraz większych możliwości robienia upięć i zaplatania włosów.
+ Z cieniowania będę schodzić powoli, metodą bardzo delikatnych podcięć co jakiś czas, a w międzyczasie będę wycinać pojedyncze zniszczenia.

- Nie pozbędę się cieniowania tak prędko. Będę się z nim męczyć dopóki nie zapuszczę włosów do bioder ( bo wtedy będę już ciąć włosy na bieżąco), chyba że drobne podcięcia uwolnią mnie od tego przekleństwa wcześniej.
- Wycinanie pojedynczych zniszczeń jest czasochłonne i monotonne.
- Wycinając zniszczenia jeszcze bardziej przerzedzę sobie końcówki.
- Moje warkocze będą na końcach coraz cieńsze i cieńsze, a wycieniowane końcówki będą wyłazić z nich i strzępić się jeszcze bardziej.
- Jeśli szybko nie pozbędę się zniszczeń, będą się one przesuwać  górę.
- Nie jestem pewna moich nożyczek - jeśli są złe, to obcięte nimi włosy będą się rozdwajać od nowa.

           Decyzja          
Nawet dla mnie przeważają argumenty przemawiające za obcięciem włosów, i tak bym zrobiła, gdybym nie musiała ich obciąć aż tyle. Dlatego na razie dam moim końcówkom jeszcze szansę - będę wycinać zniszczenia i zawsze upinać włosy - żadnych zwisających końcówek, muszą one być upięte i schowane. Jeśli będę widziała postęp i zniszczeń będzie ubywało, będę kontynuować mój plan, a również od czasu do czasu będę minimalnie podcinać końcówki aby stopniowo schodzić z cieniowania. Jeśli jednak sytuacja się nie poprawi, nie widzę już innego rozwiązania jak obcięcie sporej części włosów. Najpóźniej w styczniu postaram się podsumować stan włosów - czy się poprawił i jak.

Idę się uczyć anatomii, a przy okazji nożyczki w dłoń =).

           Rozdanie           
A na koniec jeszcze dużo przyjemniejsza informacja - zapraszam wszystkich do wzięcia udziału w rozdaniu u Henri. Do wygrania są trzy zestawy kosmetyków do włosów. Więcej informacji można znaleźć w jej poście, po kliknięciu w zdjęcie poniżej:
http://henri-and-her-hair.blogspot.com/2013/11/potrojne-rozdanie-triple-giveaway.html

sobota, 16 listopada 2013

Płukanka do włosów z L- cysteiną

O takiej płukance po raz pierwszy przeczytałam u Anwen, jednak nie zainteresowała mnie ona na tyle, żeby kupić własne opakowanie cysteiny i ją wypróbować. Skłonił mnie do tego dopiero post Kaścyska. Pamiętam ze szczególnie przykuła moją uwagę wzmianka o zwiększeniu objętości włosów, chociaż obietnica poprawienia skrętu włosów też pewnie miała w tym swój udział.

           A czym w ogóle jest cysteina?          

Jest to jeden z dwóch aminokwasów ( czyli podstawowych cząsteczek budujących białka) zawierających siarkę. Drugim takim aminokwasem jest metionina. Dlaczego więc do płukanki dodajemy akurat cysteinę? Ponieważ jest ona jednym z budulców włosa. Oczywiście nie ma co liczyć na to, ze po takiej płukance cysteina wbuduje się we wszystkie wolne miejsca i zamieni zniszczone włosy w nowo narodzone zadbane pasma =) ale z pewnością ma ona pozytywne działanie na nasze włosy.
Włosy zawierają około 5% siarki, natomiast związki siarki to ok. 23% składników budujących nasze włosy. Jasne włosy zawierają więcej siarki, natomiast ciemne zawierają jej najmniej. Za to rudę mogą zawierać do 10% tlenku żelaza, podczas gdy włosy w innych kolorach mogą go mieć tylko 2% ( taka dygresja, i raczej nie uda się zrobić płukanki z tlenkiem żelaza od której włosy zrudzieją).
Zastanawiało kogoś z was co oznacza owo tajemnicze "L" przed cysteiną?  Mnie tak. Chodzi o "odmianę" cysteiny. L-cysteina jest aminokwasem występującym w przyrodzie i budującym białka. Natomiast D-cysteina jest spotykana znacznie rzadziej i nie buduje białek, więc nie byłaby dla nas zbyt użyteczna. Obie cysteiny różnią się budową cząsteczki, ale ich skład jest taki sam. No i po tym wstępie...

           ...przejdźmy do bardziej praktycznych informacji.          

Moją cysteinę kupiłam w sklepie z półproduktami kosmetycznymi. Jest taniutka i następnym razem zamówię większą jej ilość.
Cysteina śmierdzi siarką. Tzn - dla jednych śmierdzi, i owszem. Mi jej zapach nie przeszkadza ani trochę, ale jest mało zapachów, które naprawdę mnie odpychają. Poza tym cysteina nie wygląda odpychająco, ot, zwykły biały proszek.
Zalecam ostrożność przy otwieraniu cysteiny - gwałtowne otworzenie słoiczka i wciągnięcie haustu powietrza z odrobiną cysteiny która wyfrunęła ze słoiczka sparaliżowało mój zmysł węchu na dobre pół godziny.
Płukankę przygotowuję według przepisu z tej strony:
10% aloes zatężony 10x (płaska łyżeczka 5 ml)
3% L-cysteina (ok. 2.5 płaskie łyżeczki 1 ml)
1% panthenol 75% (0.4 ml)
1% witamina B3 (płaska łyżeczka 1 ml)
85% woda(42.5 ml)
z małą modyfikacją -  nie dodaję witaminy B3 ( bo jej nie mam), z podanych składników robię ok 100 ml płukanki.
Włosy po umyciu i odżywce lekko osuszam i polewam kilka razy tą płukanką. Nie spłukuję jej. Po wyschnięciu włosów zapach cysteiny znika, za to przy powąchaniu włosów z bliska czuć siarkę. Mi się ten zapach zdecydowanie podoba ( od dziecka byłam małym piromanem, więc nic dziwnego). Po zmoczeniu włosów zapach cysteiny powraca, jednak po dwóch - trzech myciach nie ma już po nim śladu.

          Efekty!          


Moja grzywka po płukance - z lewej zdjęcie z lampą, z prawej bez. Nie sądzicie że loki i fale lepiej fotografować bez lampy, bo lepiej widać ich strukturę? Włosy umyte szamponem Natura Siberica do wszystkich rodzajów włosów, później Balsam Green Pharmacy z olejem arganowym i wyciągiem z granatu, płukanka cysteinowa i do stylizacji stary dobry żel Anet.
Moje włosy zdecydowanie ją lubią =) Są po niej gładkie. Gdy poleję włosy płukanką z cysteiną, robią się bardzo gładkie, śliskie, w dotyku są jakby pokryte cieniutką warstewką czegoś na kształt śluzu - zatrzymują wokół siebie wodę. Śluz może brzmi niezbyt zachęcająco, ale włosy w dotyku są naprawdę gładziutkie i przyjemne. Bardzo mnie ten efekt zdziwił - zazwyczaj po proteinach moje włosy były bardziej szorstkie, splątane, suche. Być może to kwestia dodatków do płukanki.
Po wyschnięciu włosy nadal są gładkie, miękkie, nie spuszone. Ale przede wszystkim są bardziej elastyczne, co bardzo mi się spodobało. Nie lubię bardzo miękkich włosów, w moim przypadku nie jest to efekt pożądany. Po cysteinie nie wiszą one smętnie, nie odkształcają się od zaplecenia w warkocz na 5 minut. Są dużo bardziej oporne na odkształcenia - po prostu zamiast iść po najmniejszej linii oporu jakby zaczęły mieć własne zdanie =).
Za to nie zauważyłam ani zwiększenia objętości ani wzmocnienia skrętu - czyli nie ma obu efektów których obietnica skusiła mnie do zakupu cysteiny. Ale i tak jestem zadowolona.

O czym pisać w następnym poście - chwalić się moją koroną z warkocza czy usiłować zrecenzować balsam do włosów Seboradin? Ewentualnie ( ale troszkę później) mogę napisać o masażu skóry głowy lub pokazać różę z warkocza w moim wykonaniu ( jeszcze muszę troszkę poćwiczyć).

czwartek, 24 października 2013

Po prostu aktualizacja - wrzesień i październik 2013

Witam wszystkich po długiej przerwie. Ktoś mnie czyta? =)

Aktualizacja długości co 2 miesiące nie jest zła, gorzej jeśli poza nią nie pojawiają się żadne inne posty. No ale - od poprzedniego posta o odżywce Aussie nie zużyłam żadnej odżywki, dopiero za tydzień może dobiję do dna balsamu Seboradin. Żadnych innych cudów z włosami także nie robiłam, może poza bezefektownym rozjaśnianiem włosów rabarbarem ( o którym może jednak wypadałoby napisać parę słów). A postów wyciągniętych z pomiędzy mięśni pośladkowych wielkich pisała nie będę.
W takim razie będzie o tym jak moje włosy sobie żyły przez ostatnie 2 miesiące, i obrazki.

           Przeklęte cieniowanie i batalia końcówkowa.          

Wrzesień 2012. Moje owłosienie skóry głowy ścięte na mniej-więcej prosto i nie wycieniowane. Tęsknię.

   Wkurza mnie zbyt mocne cieniowanie włosów które zafundowałam sobie na początku marca tego roku ( przy okazji koncertu Sabatonu w Krakowie, po powrocie włosy były tak poszarpane że następnego dnia po prostu uchlastałam część końcówek. Niepotrzebnie.). Nie podoba mi się też zaokrąglony dół gdyż krótsze pasma po bokach niszczą się i są bardzo przerzedzone. Te pasma po bokach były kiedyś w grzywce, ewentualnie tworzyły fantazyjne pejsy w stylu mangowym. Grzywka dopiero gdzieś tam sobie rośnie, a dłuższe pejsowe pasemka powiewają sobie smutno. Wyglądają jakby były po całej długości przejechane degażówką mściwej fryzjerki, no i rozdwajają się na potęgę. Problem zniknie dopiero gdy dobrnę do grzywki, a że wolę zapuszczać włosy niż je podcinać ( czasem się łamię, ale coraz rzadziej) - no to cóż, jeszcze sobie trochę pożyję z takimi włosami. Wycieniowana partia też się rozdwaja. Nie włosy na końcach, ale właśnie na długości. Jakieś 10 -15 cm od końcówek jest usiane rozdwojeniami, ewentualnie włosami z białymi kropeczkami. Dalej albo włosy są już całkiem zdrowe, albo mój wzrok nie sięga - nie wiem.
   Przyczyn takich zniszczeń nie znam, podejrzewam że to suma czesania suchych włosów szczotką TT, noszenia ich rozpuszczonych lub w warkoczu ( wycieniowanie końcówki wystają i ocierają się o wszystko), i pewnie basenu. Dużo tego nie ma, ale wolałabym, żeby nie było wcale.
   Oczywiście podjęłam pewne działania, przede wszystkim włosy zostały podcięte. Na prosto, tak żeby  wrócić do prostej linii włosów jaką osiągnęłam chyba w kwietniu- maju 2012 roku. Jak się miało, to trzeba było szanować... w najdłuższym miejscu zostałam pozbawiona ok 2-3 cm włosów. Rożnicy w długości nie zauważyłam. Zaokrąglonych boków cięcie niestety nie złapało, następnym razem już powinny zostać wyrównane wszystkie włosy. Niestety ani cieniowania, ani zniszczonych końcówek się nie pozbyłam, bo są wyżej. Ale jest pewien postęp.
   Zniszczone końcówki będę wycinać. Nie lubię tego, bo to nudne, monotonne i czasochłonne zajęcie, ale student zawsze znajdzie czas i na takie rzeczy, szczególnie gdy ma dużo nauki na głowie =). Na razie wycinanie pojedynczych końcówek odkładam na listopad - nożyczki zostały w domu żeby mnie nie kusiło podcinanie. Po długim weekendzie przywiozę sobie nożyczki i będę się mścić na końcówkach.
   Od początku września olejuję moje włosy przed każdym myciem, na minimum parę godzin. Chyba tylko 3 lub 4 razy zdarzyło mi się umyć włosy bez wcześniejszego nakładania oleju. Włosy są bardzo zadowolone, szczególnie końcówki - praktycznie nie zdarza mi się, żeby były suche. Rozdwajanie się również nie postępuje zbyt szybko, nie pojawia się więcej zniszczeń, nie zauważyłam żeby już obecne zniszczenia pięły się znacznie w górę. Bardzo mnie to cieszy.
Wrzesień 2013 - początek miesiąca, zaraz po podcięciu.  I niedomyty olej. Włosy już nieśmiało wyłażą poza zapięcie od stanika.
I jeszcze zdjęcie mojego koczka zawijańca. do września nosiłam go bardzo często, ale końcówki i tak mi się porozdwajały.


           Obecnie używane mazidła         

Do olejowania używałam olejku Alterra brzoza i pomarańcza. Teraz, gdy się skończył, używam oleju ze słodkich migdałów, i olejku Alterry migdał i papaya.
Do mycia używałam przez chwilę szamponu Naturia Siberica do wszystkich rodzajów włosów, i mam dość ciekawe spostrzeżenia z nim związane. Niestety szampon został w domu ( przywiozę razem z nożyczkami) i obecnie używam sprawdzonego żelu do higieny intymnej Facelle Sensitive z Rossmanna.
Jeśli chodzi o odżywki, kończę już balsam Seboradin z żeń-szeniem, czasami zdarzało mi się użyć jakiegoś innego mazidła, ale przez 85% czasu używałam Seboradinu.
Zaprzestałam regularnej stylizacji. Żel Anet (a raczej jego resztki) został w domu. Obecnie używam od czasu do czasu balsamu Nivea Flexible Curls - nie jest zły ale nie spełnia moich wszystkich wymagań. Taki sobie.
Końcówki niezmiennie zabezpieczam jedwabiem Marion Natura Silk.

           Przyspieszanie porostu?          

Pupa. Na mieszkaniu nie mam komfortu przyrządzania mikstur do picia, chociaż usiłuję wrócić do ich regularnego używania. Zresztą, zaprzestałam ich przygotowywania już we wrześniu, kiedy jeszcze bytowałam sobie w domu z rodzicami.
Od 2 tygodni używam regularnie Jantaru.

           Długość =)           

Oh yeah! Moje włosy sięgają już zdecydowanie za zapięcie od stanika! Nie wiem kiedy tak szybko urosły - czyżby brak suplementacji im służył? Pomiaru niestety nie mam, zrobię go pod koniec miesiąca i wpiszę aktualne dane w pasek po prawej stronie.
Po skończeniu tego posta idę do łazienki, przewiążę się wstążką w talii i będę oglądać ile mi jeszcze do talii brakuje.  A za talią już biodra, a jak będę mieć włosy do bioder to będę je regularnie podcinać aż się pozbędę cieniowania i wyrównam włosy z grzywką. O jak się cieszę =).
Obecna długość, w mocnym świetle słonecznym, bez lampy. Widać takie sobie działanie balsamu Seboradin i studencki bajzel w tle.

Zdjęcie sprzed 2 miesięcy. Patrzymy na linijki tekstu "Hit the lights" i porównujemy z poprzednim zdjęciem. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że tutaj są bardziej skręcone.

           Troszkę prywaty.           
   Obecnie mieszkam w Łodzi. Rzuciłam pracę i zaczęłam studiować kosmetologię.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Parę słów o Aussie, 3 Minute Miracle Reconstructor

Odżywkę tą kupiłam kierowana zgubnym wpływem autorki tego bloga.
Zdjęcie z ebaya, własnego nie mam.
               Cena, dostępność i narzekanie               
Nie byłam do tej odżywki zbyt pozytywnie nastawiona. Reklamowana, zachwalana odżywka o przeciętnym składzie, za dość wysoką cenę... Mimo to przy wizycie w Rossmannie zwróciłam na nią uwagę. Duże opakowanie, 250 ml za 30 zł, uznałam za przesadę - nie dałabym tyle pieniędzy za odżywkę, do której nie jestem przekonana, a wręcz przeczuwam że się nie sprawdzi. Za to na półce z miniaturowymi wersjami różnych mazideł trafiłam na opakowania po 75 ml ( takie jak na zdjęciu). Cenowo wyglądało to jeszcze gorzej, bo takie opakowanie kosztowało ok 13 zł... Czyli, w przeliczeniu, ponad 50 zł drożej za litr i tak już drogiej odżywki ( minuta ciszy).
No dobra, ale 13 złotych to jeszcze nie tak wielka kwota, a 75 ml to pojemność z którą w razie czego nie będę się musiała długo męczyć. I w ten sposób dałam się skusić.

               A jak w środku?               
Odżywka ma bardzo mocny i ładny zapach. Jest jedno ale - zapach "na pierwszy rzut nosa" jest niesamowicie chemiczny, i dopiero w głębi kryje się przyjemny, słodziutki, kwiatkowo-cukierokowo-gumowo balonowy zapach. Ja takich chemicznych zapachów nie znoszę, ale z tym nie było tak źle. Odżywka ma żelową, niezbyt gęstą konsystencję, ale nie przelewa się przez palce. Jest w sam raz. Ma też beżowy kolor, uzyskany dzięki barwnikom które producent mógłby sobie darować...

               Co też nam producent obiecuje?               
Napis z przodu opakowania dumnie głosi że owe mazidło ma głęboko odżywiać nasze zniszczone włosy. Ekstrakt z melisy australijskiej jest w tej odżywce cudownym składnikiem który ma naprawiać wszystko co złe, wygładzać włosy, nabłyszczać etc etc. Wystarczy spojrzeć w skład żeby zobaczyć, że owego ekstraktu zbyt wiele w odżywce nie ma. (skład można zobaczyć tutaj).

               No to jazda. Odżywka w akcji.               
- Nałożona na mokre włosy zaraz gdzieś znika i o jej obecności świadczy głównie jej mocny zapach. Nie potrzebowałam jej wiele do pokrycia całych włosów, jest wydajna, ale...
- Żeby móc w miarę bezboleśnie rozczesać mokre włosy trzeba było dołożyć kolejną porcję tej odżywki, i to dość sporą. Włosy rozczesuję palcami i znam produkty, po których z rozplątaniem włosów nie miałam najmniejszych problemów. Ta odżywka trochę mi pomaga, ale cudów nie ma.
- Zapach jest mocny i trzyma się na włosach jak mało co. Jest wyczuwalny nawet na suchych włosach.
- Producent obiecuje wygładzanie i domykanie łusek włosa i muszę powiedzieć, ze odżywka faktycznie ma takie właściwości. Opcje są dwie - z żelem i bez.
Przy użyciu żelu, włosy krótko po wyschnięciu ( suszę je rozpuszczone) nie wyglądają zbyt pięknie, są matowe i wszędzie sterczą odstające włoski. Ale po upływie godziny - dwóch cała fryzura się wygładza, odstające włoski znikają i włosy pięknie lśnią, odrobinę mocniej niż zwykle. Proces przyspiesza spięcie czy zaplecienie włosów.
Beż żelu otrzymuję istną lwią grzywę, poszarpaną we wszystkie strony. Odżywka włosów nie wygładza, a jedynie nabłyszcza. Ale w tym przypadku lśniąca jest nie cała tafla włosów, ale każdy malutki włosek osobno. Pomaga dopiero spięcie włosów na dłuższy czas. Ja wiem, tutaj winą jest brak żelu, ale można też wywnioskować, ze Aussie włosów nie dociąża ani trochę.


Dopiero co wyschnięte ( a może jeszcze odrobinę wilgotne?) włosy. Po lewej - szampon, odżywka Aussie i żel. Po prawej - ten sam szampon i odżywka Aussie, bez żelu.

-  Nie zdarzyło mi się, aby moje włosy były po tej odżywce obciążone. Są lekkie jak pierze i fruwają wszędzie wokół, trzeba je jakoś zdyscyplinować. Są też miękkie, ale przy moich cieniutkich włosach dodatkowe zmiękczenie nie jest zaletą...
- Krótko po jej użyciu końcówki są odrobinę suche. Potem dochodzą do siebie.
- Nałożona blisko skalpu przyspiesza przetłuszczanie się włosów. Tak wnioskuję po jednorazowym eksperymencie  =)
- Odżywka jest wydajna, 75 ml starczy mi na ok 10 myć.
               Podsumowanie               
Aussie nie jest zła. Mimo przeciętnego składu działa całkiem przyzwoicie. Ma ładny zapach, dobrą konsystencję. Jej wysoką cenę rekompensuje wydajność, jednak cena i tak jest trochę zbyt wysoka.
Nie kupię jej jednak ponownie, a jeśli już to nieprędko. Znam już produkty o lepszym działaniu i odrobinie niższej cenie, a poza tym wolę  dalej eksperymentować i szukać nowych dobrych odżywek do włosów, niż zostawać przy tej, która po prostu czterech liter mi nie urywa.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Płukanka z korzenia prawoślazu

Po zrobieniu aktualizacji moich mazideł do włosów stwierdziłam, że przyszła pora na rozprawienie się z kolekcją ziół - niektóre zalegały u mnie już bardzo długo. Akurat ten pomysł zbiegł się w czasie z pomysłem wprowadzenia do mojej pielęgnacji włosów płukanek. Oczywiście stosowałam je też wcześniej, ale nie dawały widocznych efektów.
W pierwszej kolejności postanowiłam wypróbować płukankę z korzenia prawoślazu.



Prawoślaz jest jednym z ziół o właściwościach nawilżających, nie ma szans wysuszyć włosów. Podobnie działa na skórę - nawilża, zmiękcza, łagodzi podrażnienia. Ma więc spora szansę ograniczyć przetłuszczanie włosów.
Sam korzeń prawoślazu wygląda tak:

               Przygotowanie płukanki               
Moje proporcje to duża, kopiasta łyżka posiekanego korzenia prawoślazu na pół litra wody. Prawoślaz zalewałam dopiero co przegotowaną wodą i zostawiałam pod przykryciem do zaparzenia i wystygnięcia. Gotowa płukanka ma kolor słomkowożółty.

               Aplikacja...               
Używałam jej po spłukaniu maski/ odżywki. Polewałam nią skórę głowy i włosy nad miednicą, potem zbierałam płukankę z miednicy i polewałam włosy ponownie. I tak kilka razy. Płukanki nie spłukiwałam. Po płukance nakładałam ewentualnie jedwab do włosów, wcierałam wcierkę, prawie za każdym razem stylizowałam włosy żelem.
               ...i działanie płukanki.               
Płukanka działa bardzo delikatnie i nie ma szans na zaobserwowanie spektakularnych efektów, przynajmniej nie po jednorazowym użyciu. Jeśli chcemy nawilżyć włosy, jest mnóstwo innych środków które zadziałają dużo lepiej - odżywki, czy też żel lniany jeśli koniecznie chcemy coś ziołowego.
U mnie płukanka bardzo delikatnie nawilżała i wygładzała włosy, jednak efekt był tak subtelny, że spokojnie obyłabym się bez niej. Wygładzone włosy również bardzo ładnie błyszczały, jednak moje włosy i tak pięknie lśnią, więc tutaj również płukanka nie mogła się specjalnie wykazać.
Zupełnie inaczej sprawa się miała ze skórą głowy, którą polewałam płukanką bardzo dokładnie. Włosy przetłuszczały się odrobinę wolniej, jednak różnica była widoczna. Sądzę że płukanka po prostu nawilżyła mi skalp i w ten sposób przetłuszczanie zostało ograniczone.
Zostając przy skalpie, płukanka działała również na moje włosy u nasady - były bardziej puszyste, ale nie spuszone, i ładnie odbite od skóry głowy. W połączeniu z wolniejszym przetłuszczaniem otrzymywałam całkiem przyjemny efekt.
Próbowałam także myć włosy szamponem rozpuszczonym w płukance. Była to jednorazowa próba, niestety nieudana. Szampon pienił się wyraźnie słabiej i w efekcie włosy zostały niedomyte. Nie mam jednak pewności czy to wina płukanki - włosy były wcześniej naolejowane co z pewnością miało wpływ. Planowałam sprawdzić eksperymentalnie czy rzeczywiście szampon rozcieńczony płukanką z prawoślazu ( zamiast wodą) będzie pienił się słabiej, jednak niezbędna do tego doświadczenia pompka robiąca pianę zaginęła gdzieś bez śladu. Mam jeszcze odrobinę prawoślazu, w sam raz na jedną płukankę, więc być może uda mi się ten eksperyment przeprowadzić, udokumentować wyniki i wstawić je tutaj.

Mam już jedno opakowanie zielska mniej, i raczej nieprędko do prawoślazu wrócę. A to dlatego, ze mam jeszcze mnóstwo innych ziół do przetestowania. Może mycie mydlnicą, może kolejna nawilżająca płukanka ( z lukrecji, która dodatkowo przyspiesza porost) albo prostująca włosy płukanka z szałwii? Jeszcze nie wiem, chociaż ta szałwia obecnie kusi mnie najbardziej.
_____
I jeszcze krótka informacja - Fellogen organizuje rozdanie z świetnymi nagrodami - zapraszam wszystkich chętnych do udziału =) ( tak naprawdę to nie zgłaszajcie się, będę miała większe szanse na wygraną =D)
Proszę klikać w baner =)

niedziela, 4 sierpnia 2013

Tag

Otagowała mnie Henrietta, więc w ramach trochę luźniejszego dnia na ów tag odpowiem.

1. Która z popularnych książek okazała się dla Ciebie po przeczytaniu kiepska? (Muszę się poskarżyć, że właśnie czytam "Wielkiego Gatsby'ego" i jestem bardzo, bardzo głęboko rozczarowana.)
Chyba żadna. A wszystko przez to że książek, które są "na topie" po prostu nie czytam. Takie nowości są zazwyczaj ciężkie do dostania, biblioteki albo ich jeszcze nie kupiły, albo są przez cały czas wypożyczone. Na zakup nowej książki raczej nie mogę sobie pozwolić ze względu na moje finanse - przez cały czas ostro oszczędzam, a że książki bardzo lubię, na jednej na pewno by się nie skończyło ( co innego komiksy, te czasami kupuję i mam ich całą półkę). Pożyczam dość często książki od znajomych, ale w tym przypadku są to już pozycje sprawdzone. Raczej nie czytam niczego "w ciemno". Co innego z komiksami - kupiłam ostatnio mangę Resident Evil, bo miała być fajna fabuła, nieźli bohaterowie i wszystko fajnie narysowane. Buba, fabuła to komercyjny gniot, główny bohater to pizdunia nie chłop, wszystko ładnie narysowane ale też szału nie ma, to nie wystarczy. I najlepsze, ze nikt nie chce tego ode mnie kupić.
2. Co jest Twoją ulubioną rzeczą na świecie? Może to być cokolwiek. Smak, pora dnia, czynność...
Lubię mnóstwo rzeczy i nigdy nie zdecyduję którą najbardziej, ale przepadam za spokojem, ciszą, odrobiną samotności i przebywaniem na łonie natury z dala od ludzi - ewentualnie z kimś kogo bardzo lubię i kto nie odzywa się niepotrzebnie. Monopol na bezsensowne gdokanie mam ja i moja mama.
3. Jaka jest maksymalna długość włosów czy Twoich czy ogólnie, po której uważasz, że są one za długie?
To chyba ten moment kiedy końcówki się niszczą przez ciągły kontakt z podłogą, włosy się lepią na upale do stóp gdy są rozpuszczone, a do ewentualnego podcięcia trzeba wychodzić na drabinę.
4. Twoja ukochana książka, do której możesz wracać co miesiąc.
Czytam różne, rzadko do którejś wracam bo jest milion następnych do przeczytania. A może po prostu takiej nie znalazłam.
Lubię wracać do starej serii mangi "Battle Angel Alita". Z nowej mam tylko dwa tomiki bo nie wydali jej w Polsce i trzeba sprowadzać - ja do tego nie mam głowy ( ani pieniędzy).
5. Kim chciałaś zostać, kiedy byłaś dzieckiem?
Nie chciałam dorastać =). Dalej tak mam.
6. Utwór muzyczny, który chodzi Ci po głowie to...?
"Enter Sandman" z Mexico City, "No leaf clover", i kilkanaście innych piosenek pana Hetfielda ( wszystkiego najlepszego z okazji wczorajszych urodzin).
7. Ulubiona herbata albo kawa.
Zwykłe espresso lub latte, byle wypite w względnej ciszy i spokoju. Chętnie w jakiejś kawiarni z której mogę obserwować ludzi idących nie wiadomo po co i nie wiadomo gdzie.
8. Czego nie umiesz robić? (Ostatnio uczę się zauważać takie rzeczy u siebie i przyznawać się do nich. Robienie zdjęć jest na pierwszym miejscu. Dalej opowiadanie dowcipów. I gotowanie. Właściwie gotowanie powinno być nawet przed fotografią.)
Mnóstwa rzeczy. Mam całą, potężną listę rzeczy do nauczenia się. Od otwierania piwa zapalniczką, przez pływanie aż po naukę życia w bardziej zorganizowany sposób, bez tracenia mnóstwa czasu. Cały czas znajduję nowe rzeczy których chcę się nauczyć i inne, które chcę doskonalić.
9. Czytasz regularnie jakieś czasopismo. Jeśli tak, to jakie?
Nie. Zdarzało mi się kupować Arigato ( recenzje mang i anime), Nową Fantastkę - dla opowiadań, Młodego technika i Świat Nauki. Zwykłe babskie pisemka nie interesują mnie, nie ma tam nic wartościowego dla mnie.
10. Twoje ulubione uczesanie to...?
Uczę się... lubię upinać różne koczki z dobierańcami, ale bardzo rzadko na wyjście, bo zawsze "coś mi się nie podoba" albo ich po prostu nie kończę. Marzy mi się najzwyklejszy warkocz który przez dłuższy czas zachowa gładkość i nie będą z niego wyłazić wycieniowane pasemka.
11. Na co teraz czekasz? Wakacyjny wyjazd, paczka od listonosza, wyjście do kina...?
Nie czekam. Teraz piszę posta, później będę czytać, muszę odespać mijający już weekend. Później mycie włosów, wizyta brata... Może jutro będę na coś czekać, ale teraz jestem chyba zbyt zmęczona =).

Nie stawiam pytań, nikogo nie taguję =)

sobota, 3 sierpnia 2013

Miesięczna aktualizacja długości - lipiec i sierpień 2013

Ave wszystkim po długiej nieobecności =) Mam nadzieję że teraz co jakiś czas uda mi się wyprodukować notkę pomimo braku komputera i internetu w domu. I tak dużo większą przeszkoda będzie ( jak zwykle) moje lenistwo.
Jako że aktualizacji długości na początku lipca nie było, w tym miesiącu będzie aktualizacja podwójna. Przyrost w czerwcu - 0,6 cm... Przyrost w lipcu - dużo lepszy, bo z pomiarów wychodzi mi prawie 2 cm =). Albo zmierzyłam włosy źle teraz, albo przedtem, w czerwcu. Mierzenie włosów jest zawsze dla mnie sporym problemem, niestety... Ale ostatecznie moje włosy mają ok 67,5 cm długości.
Czerwiec, jak widać zresztą, był kiepskim miesiącem jeśli chodzi o przyrost. Jest w tym sporo mojej winy, ponieważ bardzo zaniedbałam suplementację i wcierki. O ile na początku miesiąca co drugi - trzeci dzień piłam drożdże i skrzypokrzywę, tak później przestałam to robić w ogóle. Nie wcierałam też niczego, zniechęciłam się do wody brzozowej której zdawało się w ogóle nie ubywać. Mam stąd cenną lekcję na przyszłość aby nie kupować produktów w wielkich opakowaniach, jeśli nie wiem czy będę zadowolona z ich działania, jeśli nie testowałam ich wcześniej.
W lipcu powoli wracałam do suplementacji i wcierkowania, ale nie ma mowy o takiej regularności jak w kwietniu i maju (KLIK - widzicie tą karteczkę? =)). Swoją drogą zamierzam do tej karteczki wrócić, bo takie codzienne "odhaczanie" czegoś najbardziej mi pomaga w zachowaniu regularności.

Od tej pory zamierzam robić zdjęcia włosów w koszulce z tekstem "Hit the lights" Metallicy - sądzę że kolejne linijki tekstu będą dobrymi oznaczeniami długości włosów. Muszę tyko zadbać o to żeby koszulka była dobrze wygładzona - tutaj dół się nieco pomarszczył, ale ta część która ma kontakt z włosami jest wygładzona tak jak trzeba. Na zdjęciu nie ma wstążki zaznaczającej miejsce gdzie kończy się zapięcie stanika. Obecne włosy są albo już delikatnie za, albo na granicy, zależy jak się ustawię. Najdłuższa część mokrych włosów wystaje już poza zapięcie ( moje włosy są obcięte w półokrąg, więc boki są odrobinę krótsze). Na razie jeszcze nie przenoszę wstążki na talię, poczekam aż włosy podrosną na tyle aby już zdecydowanie sięgały poza zapięcie, i wtedy kolejnym celem będzie wcięcie w talii. Czyli, jak dla mnie, już dość konkretna długość.
Jeśli chodzi o długość, po kilkunastu długich sesjach w lustrze spędzonych na oglądaniu się z każdej strony w rozpuszczonych włosach stwierdziłam, że moje włosy można już uznać z długie. Nie bardzo długie, nie wyjątkowo długie - ale na pewno nie są już krótkie, a i kategoria "średnie" kończy się dla mnie wraz z łopatkami i zapięciem od stanika właśnie.
Moim głównym celem w sierpniu będzie powrót do suplementacji i walki o przyrost. Chcę także regularnie zapisywać obserwacje dotyczące moich włosów po każdym myciu - tak żeby wreszcie móc wyciągać jakie wnioski z mojej pielęgnacji.
Trzymajcie za mnie kciuki, i do przeczytania wkrótce =)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Moja kolekcja mazideł do włosów

Po zrobieniu porządków okazało się, że mam tych rzeczy trochę więcej niż myślałam - o paru zupełnie zapomniałam, na dodatek kupiłam ostatnio nowy balsam do włosów i dwie wcierki łamiąc tym samym moje postanowienie.
Zrobiłam sobie fotografię całych moich zbiorów =)
Podkreślone produkty, które miałam już wcześniej i posiadam kolejne ich opakowanie.
Pochylone produkty, które obecnie używam.

                              Szampony                              



1. Szampon Babyderam - pierwszy szampon który kupiłam jako włosomaniaczka. Postanowiłam kupić go jeszcze raz i zobaczyć jak teraz się sprawdzi - wtedy byłam zbyt oszołomiona całym tym dbaniem o włosy żeby cokolwiek zaobserwować =D Na razie czeka na swoją kolej.
2. Szampon Barwa Naturalna  agrestowy - SLS-owy rypacz, na początku włosomaniactwa używałam tego samego, ale żurawinowego. Oba pięknie pachną a włosy przy myciu aż piszczą ( o litość?). Używany rzadko, rzadziej niż raz na miesiąc.
3. Szampon lawendowy Johnsons Baby - używany obecnie, powoli się już kończy. Nigdy bym go nie kupiła gdyby nie ten post Henrietty. Całkiem fajny.
4. Odlewka szamponu Syoss Oleo Intense coś tam coś tam - Ma on w składzie mocny detergent, dużo olejku z pestek moreli i keratynę. Włosy po umyciu nim nie są dokładnie domyte, zostaje na nich taka warstewka. Lepiej nie myć nim włosów po olejowaniu. Chcę go zużyć i więcej nie wracać.

                              Maski i odżywki                              
Nie rozdzielam tych kategorii bo obu używam tak samo, to jak producent nazwie swój produkt nie jest dla mnie tak ważne jak działanie produktu.
1. Balsam do włosów suchych i zniszczonych z olejem arganowym i ekstraktem z grantu Green Pharmacy - mój najnowszy nabytek. Kosztował 8 zł =) Po przeczytaniu jednej recenzji już wiedziałam, że chcę go mieć. Zapowiada się obiecująco - ma fajny skład, piękny zapach, dobrą konsystencję, jest ładnie zapakowany. Używałam go już raz po przyjściu z basenu - akurat nie było nic innego pod ręką - i spisał sie bardzo dobrze.
2. Joanna Naturia odżywka z zieloną herbatą i pokrzywą - kupiona jako odżywka bez spłukiwania w czasach kiedy jeszcze nie stylizowałam włosów. Na razie stoi nieużywana, ale już wkrótce się za nią zabieram.
3. Maska Biovax Latte - dość droga a w działaniu taka sobie. Ma ładny mocny zapach, który po jakimś czasie trochę już męczy. Przez gęsta konsystencję nie jest zbyt wydajna. Więcej wkrótce, używam jej obecnie i koniec jest bliski.
4. Małe opakowanie odżywki Aussie 3 Minute Miracle Reconstructor - kolejny zakup popełniony pod wpływem posta Henrietty. Droga, skład nijaki, jest gęsta i pięknie pachnie - może troszkę zbyt chemicznie. Pożyjemy, zobaczymy.
5. Emulsja do włosów Gloria - produkt na który polowałam długo, w końcu bratowa się zlitowała i kupiła mi ją w Auchan w Bonarce ( dawniej tam nie jeździłam bo się bałam Krakowa, teraz wsiadam w samochód i wożę się gdzie mi się żywnie podoba). Fajna, lekka, ale chyba wolę maskę Glorię. Obecnie na wyczerpaniu, używam jej do OMO jako pierwsze O.
6. Maska Granat i Aloes Alterra - mało wydajna ale tania i fajna. Miałam ją już raz, kupiłam drugą żeby dokładniej zbadać jej działanie.

                              Oleje                              
1. Olejek Alterra brzoza i pomarańcza - długo odkładałam jego zakup bo czekałam na promocję. Nie doczekałam się, olejek zniknął ze sklepów i wtedy dałabym wszystko żeby go mieć. Wreszcie wrócił w nowym opakowaniu a ja kupiłam go przy pierwszej okazji choć jego cena była jeszcze wyższa. Nie żałuję.
2. Olejek rycynowy - miałam kilka mniejszych opakowań, w końcu sięgnęłam po większe. Używam go do ocm i przed myciem do olejowania skalpu.
3. Olej kokosowy - pierwszy olej na włosy jaki zakupiłam świadomie w tym celu. Tutaj mam już drugie jego opakowanie, ale więcej go już raczej nie kupię. Już się kończy, więc za niedługo parę słów na jego temat.

                              Wcierki                              
1. Woda brzozowa Isana - chyba nigdy się nie skończy... No dobra, wcieram dzielnie i jest postęp, powoli jej ubywa.
2. Wcierka Joanna Rzepa - kupiona ostatnio za ok. 8-10 zł. Miałam już jedno opakowanie , na które polowałam bardzo długo, byłam z niej zadowolona więc kupiłam ją ponownie.
3. Odżywka do włosów i skóry głowy Jantar - przeczytajcie jeszcze raz opis do Joanny Rzepy i będziecie wiedzieć wszystko.

                              Stylizacja i dodatki                              
1. Nafta kosmetyczna z olejem rycynowym - sądząc po składzie żadnego olejku tam nie ma. To moje drugie opakowanie ( tutaj puste, to drugie jest dość zniszczone), które stoi nieużywane - kiedyś używałam jej do każdego mycia i byłam zachwycona.
2. Super Gel Anet - mój ulubiony stylizator, więcej o nim tutaj.
3. Jedwab Marion Natura Silk - najlepszy jedwab jaki miałam, tani, wydajny, pięknie pachnie. Nie zawiera alkoholu, za to faktycznie zawiera proteiny jedwabiu i lekkie silikony które nie obciążają moich włosów. Dowiedziałam się o nim z bloga BlondHairCare i zaczynam już drugie jego opakowanie.

                              Półprodukty                              
Używam ich rzadko, ale jednak, więc o nich też wspomnę.

1. Hydrolizat keratyny - do masek, płukanek, mgiełek. Dla moich włosów nie za dobry - ale jeszcze go sprawdzam.
2. Panthenol - do masek i płukanek - bardzo mocno nawilża, aż za mocno.
3. Spirulina - do maseczek na twarz i włosy - wolę ją na twarzy, bo starcza mi na dłużej.
4. Kwas HA - uzywany głównie jako serum do twarzy, gdzie sprawdza się tak dobrze że aż szkoda mi go na włosy.
5. Olej z pestek śliwki - taki tam mój wymysł, drogi a niepotrzebny. Ładnie pachnie =)
6. Skoncentrowany wyciąg z aloesu - do masek i płukanek.

                              Zioła, czyli wielka czarna dziura.                              
Ziół używam głównie do płukanek, a ze płukanek od bardzo dawna nie robię wcale...

1. Cassia Henne Natur - tutaj.
2. Amla - kupiłam ją dawno temu, i mam do tej pory. Jest bardzo wydajna. Używam jej jako suchego szamponu, czasem jako składnik maski na włosy. Świetna jako maseczka na twarz - z dodatkiem miodu.
3. Nasiona lnu - robię z nich żel lniany - stylizator i składnik nawilżającej maski z dodatkiem cytryny i miodu. 
4. Nasiona kozieradki - robię z nich wcierkę na wypadanie która działa rewelacyjnie. Na razie stoją nieużywane bo mam wodę brzozową do zużycia.
5. Ziele skrzypu - do skrzypokrzywy na porost włosów. To już chyba 5 opakowanie - i ostatnie, bo więcej skrzypu nazbieram sobie sama.
6. Korzeń lukrecji - do płukanki nawilżającej i przeciw przetłuszczaniu się włosów.  Aktualnie nie używam go wcale.
7. Liść senesu - kupiony dawno  temu do wypróbowania jako zamienni cassi, jednak do tej pory go nie przetestowałam. Ostatnio pisała o nim Wiedźma - trochę mi głupio teraz bo będzie ze od niej odpatrzyłam za sama wpadłam na ten pomysł  =)
8. Korzeń prawoślazu - do płukanki nawilżającej i przeciw przetłuszczaniu - kolejne nieużywane zioło.
9. Liść szałwii - do płukanki prostującej włosy - mam go od dawna a dalej nie wiem czy prostuje czy nie.
10. Kora dębu - do płukanki przyciemniającej którą zrobiłam tylko raz. Chyba zużyję ją jako podpałkę do grilla...
12. Korzeń mydlnicy - płukanka przeciw przetłuszczaniu włosów. Tak jak inne zioła - nieużywana.
13. Liść pokrzywy - do skrzypokrzywy, chyba już 7 paczuszka. Podobnie jak skrzyp - nie kupię jej więcej bo nazbieram sobie sama.

Jak widać, absolutnie nie muszę nic kupować - za to przydałoby mi się zacząć robić płukanki =)

niedziela, 16 czerwca 2013

Miesięczna aktualizacja długości - czerwiec 2013

Co prawda minęła już połowa miesiąca a aktualizacja miała być na jego początku, ale tak wyszło. Przynajmniej zdjęcie jest przepisowo z początku czerwca.

Włosy jeszcze mokre i nieodgniecione. 
Zdjęcie jest robione komórką, stad jego średnia jakość. Ale najważniejsze - czyli długość - widać tak jak trzeba. Górna krawędź miarki zaznacza jednocześnie dolną krawędź zapięcia od stanika. Moim pierwszym celem jest zapuszczenie włosów za zapięcie od stanika - jak widać już niedaleko do osiągnięcia tego celu.
W maju włosy urosły mi o ok. 1,5 - 2 cm, więc ich obecna długość wynosi trochę ponad 65 cm. Długość włosów mierzę od początku linii włosów nad czołem, na samym środku. Niestety nie mam na tyle wprawy aby moje pomiary były w miarę precyzyjne.
Przyrost nie jest bardzo duży a na zdjęciach różnica jest spora - spowodowane jest to tym ze na aktualnym zdjęciu się wyprostowałam =)

Przyspieszanie porostu...
Przyspieszanie porostu w maju wyglądało bardzo podobnie jak w kwietniu, z tym wyjątkiem że było nieco mniej regularne. Muszę wrócić do zaznaczania codziennie mojej suplementacji na kartce bo bardzo mi to pomaga zachować regularność. Z wcierek zużyłam mgiełkę Radical -  miałam jej około 2/3 opakowania. i prze kilka ostatnich dni używałam już wodę brzozową Isana - jej akurat mam zapas który starczy mi na baaardzo długo. Wewnętrzna suplementacja wyglądała u mnie identycznie jak w kwietniu - piłam 1/2 kostki drożdży dziennie oraz skrzypokrzywę.

Plany na miesiąc czerwiec:
O dziwo udało mi się zrealizować wszystkie plany z poprzedniego miesiąca. Małym odstępstwem był zakup miniaturowej wersji odżywki Aussie. Nie pokazałam też żadnej fryzury, chociaż trochę doskonaliłam moje zdolności. W tym miesiącu zamierzam:
- wznowić suplementację która przestała być tak regularna jak chciałabym - zamierzam nadal popijać drożdże ze skrzypokrzywą;
- nacierać skalp przed myciem rozcieńczonym olejem rycynowym;
- przetestować działanie keratyny hydrolizowanej na moje włosy;
- zużywać maskę Biovax Latte która odpowiednio nakładana okazała się być bardzo wydajna - być może jeszcze w tym miesiącu coś o niej napiszę;
- być może uda mi się wydać ostateczny wyrok na olej kokosowy;
- a także pokazać na blogu jakąś fryzurę;
- i oczywiście nadal nic nie kupować - zaopatrzyłam się w szampon a poza tym mam wszystkie potrzebne mazidła.

Macie jakiś pomysł na kolejny cel w zapuszczaniu włosów? Coś pomiędzy zapięciem od stanika, które jest tuż-tuż, a wcięciem w talii i łokciami, które są trochę za daleko...

wtorek, 4 czerwca 2013

Cassia Henne Natur - pierwsze wrażenia z pierwszego podejścia.

Pierwszą wypróbowaną przeze mnie cassią była cassia firmy Khadi. Starczyła mi na dwa użycia co nie pozwoliło mi określić jej działania na moje włosy. Cena nie zachęcała do dalszych eksperymentów, szczególnie jeśliby dodać do niej koszty wysyłki. I tak, po długich poszukiwaniach tańszej cassi natrafiłam na tą francuskiej firmy Henne Natur, tańszą o mniej więcej 10 zł ( a i wysyłka wychodzi taniej). Po skończeniu badań nad stylizatorami mogłam ( po krótkiej przerwie) przystąpić do eksperymentu z cassią.
Zdjęcie z aukcji, na której kupiłam moją cassię.


O hennie ( i o cassi też, bo cassia z henną ma sporo wspólnego) można przeczytać tutaj i tutaj też.

Przygotowanie cassi
Co prawda cassia nie wymaga zakwaszania ani odstawiania na jakiś czas aby barwnik się rozwinął i dojrzał, ale nikt też tego nie odradza. Ja wymieszałam połowę opakowania z kwaskiem cytrynowym na dość rzadką papkę i odstawiłam na 12 godzin. Po dwunastu godzinach przypomniałam sobie, że miejsce dojrzewania cassi miało być ciepłe - a ja wybrałam miejsce takie sobie, ani ciepłe, ani zimne.
Liczyłam na uwolnienie się większych ilości żółtego barwnika który miałby szansę na wbudowanie się we włosy i tym samym delikatne ich pogrubienie i rozjaśnienie.

Aplikacja, trzymanie i zmywanie
Cassię nakładałam na świeżo umyte włosy. Powinny być też suche, ale nie miałam czasu aby pozwolić włosom na naturalne wyschnięcie. Podsuszyłam je suszarką i zaczęłam nakładać cassię na wilgotne włosy.
Mikstura pieczołowicie przygotowywana, mieszana, i dojrzewająca przez pieprzone 12 godzin starczyła mi na połowę włosów.
Spłukiwać czy domieszać więcej cassi? Już miałam pakować głowę do wanny i spłukać to wszystko, niech płynie w cholerę. Ale wysiliłam się i przygotowałam  jeszcze trochę mikstury na resztę włosów.
Mikstura nakładała się całkiem znośnie, nie spływała z włosów, ale trzeba się było trochę namęczyć żeby nałożyć ją równomiernie wszędzie gdzie trzeba, i przy okazji nie mieć jej wszędzie gdzie nie trzeba ( później musiałam wyprać mój stanik...). Następnym razem poproszę kogoś o pomoc.
Na włosy nałożyłam foliowy czepek, owinęłam brzegi bandażem a na całości zrobiłam jeszcze turban z ręcznika. I tak zasnęłam.
Po trzech godzinach nastąpiło przebudzenie - równie dobrze mogłam spać tak całą noc bo nie nastawiłam budzika. Spłukiwanie cassi najlepiej przeprowadzić w wannie z wodą - zanurza się wszystkie włosy i miesza nimi w wodzie. Ja byłam na to zbyt senna więc przeprowadziłam ten zabieg w miednicy z wodą, którą wymieniałam kilkakrotnie. Po raz drugi włosy zostały podsuszone suszarką. Zaplotłam wilgotne włosy w warkocz i poszłam spać.

Włosy zaraz po aplikacji
Następnego dnia po cassi włosy były sztywniejsze niż zwykle, ale przy moich zazwyczaj mięciutkich włosach było to fajne uczucie. Warkocz z takich sztywnych włosów był nieco grubszy. Nie były w ogóle przesuszone, nawet na końcówkach. Kolejnego dnia je rozczesałam, i nagle zrobiły się bardzo suche. Z taką suchą miotełką spędziłam cały dzień aż do kolejnego mycia. Nie zauważyłam żadnego rozjaśnienia, na włosach został cassiowy zapach. Cassia z włosów wypłukała się dobrze, za to zostało jej sporo na skalpie.

Włosy trochę później - po pierwszym myciu
Postawiłam na mocne nawilżanie - nałożyłam na ok 30 min emulsję Gloria z dodatkiem panthenolu z półproduktów. Pominęłam stylizację. Włosy były bardzo nawilżone, śliskie, ale też spuszone trochę bardziej niż zwykle.

I jeszcze trochę później - po trzech kolejnych myciach
Przy kolejnych myciach nakładałam stale maskę biovax latte.
Warkocz już stracił swoją grubość - może włosy nabrały troszkę ciała, ale jeśli już to naprawdę niewiele, nie na tyle żeby efekt był widoczny.
Dalej nie widać zmiany koloru włosów - może jej jeszcze nie zauważam. Przy cassi khadi widoczne było delikatne rozjaśnienie, miałam nawet odrost - wyglądał jakby moje włosy były przetłuszczone u nasady bo różnica kolorów była zbyt mała żeby odrost odznaczał się równą linią.
Zapach cassi po 2 myciu stał się wyczuwalny tylko na mokrych włosach - po khadi trzymał się na pewno dłużej, nawet do 2 tygodni. Niestety nie pamiętam dokładnie ile.
Włosy puszą się trochę bardziej, ale może to być wina zmiany maski do włosów i pogody - za oknem cały czas jest mokro.
Najbardziej widoczna jest zmiana mojego skrętu - włosy kręcą się mocniej niż przed nałożeniem cassi! Szczególnie widać to na spodniej warstwie włosów która zazwyczaj była prawie prosta a teraz pojawiają się delikatne rulony na końcach włosów. Ale biorę pod uwagę fakt, że zazwyczaj w mojej pielęgnacji nie ma żadnych protein które wzmacniają skręt. Może się więc okazać, że włosy wcale nie cieszą się konkretnie z cassi, ale z tego, że wreszcie dostały jakiekolwiek proteiny. Zdjęcie włosów z mocniejszym skrętem będzie można zobaczyć w aktualizacji długości.

I na zakończenie...
Dwa dni temu mama przyniosła mi ręcznik, z którego zrobiłam turban. Ubrudził się trochę cassią wyciekającą spod czepka, ale zupełnie się tym nie przejęłam bo przecież cassia nie farbuje, więc ręcznikowi przecież nic nie będzie. Okazało się, że po wypraniu zostały na nim ciemne plamy.

poniedziałek, 20 maja 2013

Porównanie różnych stylizatorów do włosów

Od jakiegoś czasu, będą już ponad 2 miesiące, stylizuję moje włosy po każdym myciu. Nawet kiedy zaraz po wyschnięciu zamierzam zapleść je w warkocz. Dzięki stylizacji moje włosy są gładkie, miękkie, nawilżone, nie zamieniają się w stertę suchego, szorstkiego siana. Mogę też obserwować jak dane kosmetyki na nie wpływają, bo bez stylizacji efektów widać nie było, włosy układały się jak chciały...

Do stylizacji zawsze używałam tego samego żelu ale w końcu pojawiła się chęć spróbowania czegoś innego. I w ten sposób powstał plan przetestowania różnych produktów do stylizacji i zrobienia porównania ich działania.


Kilka uwag:
Podczas trwania eksperymentu włosy były pielęgnowane w taki sam sposób - myte żelem Facelle, odżywiane maską Gloria, zabezpieczane jedwabiem Marion Natura Silk. Również stylizacja za każdym razem była ta sama.
Zdjęcia włosów były robione w różnych warunkach oświetlenia, niestety nie udało mi się zrobić tego inaczej. Każde zdjęcie jest z lampą błyskową. Różnice w skręcie na każdym zdjęciu mieszczą się z zakresie zmienności moich włosów, nie jestem więc w stanie stwierdzić czy któryś stylizator wzmocnił mi skręt. Do tego potrzeba by dużo dłuższych testów.


No to jazda.

1. Super Gel Anet, czyli to, czego używałam do tej pory. Do kupienia w sklepach sieci Hitpol za 1,30 zł, widziałam też w Lewiatanie za 1,39 zł. Są dostępne różne wersje kolorystyczne o różnych właściwościach ( mocny, efekt mokrych włosów, do fryzur dziennych, fantazyjnych, bla bla bla). Poza kolorem różnią się zapachami. Składy wszystkich wersji są jednakowe i bardzo fajne - krótko, konkretnie i bez niepotrzebnej chemii. Pewnie różnią się trochę proporcjami składników.

Żel Anet jest w tym eksperymencie próbą kontrolną, normalnym stanem włosów z którym będą porównywane wyniki po wszystkich innych stylizatorach.
Działanie: Włosy po nim są miękkie, gładkie, lśniące i nawilżone. Występuje odrobina puchu, ale w ilościach które absolutnie mi nie przeszkadzają.
Inne kwestie: Cena więcej niż przystępna, jest rewelacyjna =) Opakowanie bardzo wygodne, słoiczek to chyba najlepsze opakowanie na tego typu produkty. Jeśli chodzi o wydajność, opakowanie żelu starcza mi na 1,5 -2 miesiące. Żel ma też świetny, prosty skład - woda, gliceryna, substancja żelująca, konserwant, zapach, i chyba jeszcze barwnik. Żadnej niepotrzebnej chemii.
Zdjęcie włosów tutaj.


Tak prezentuje się żel Joanna na moich włosach.
 Ładnie?
2. Żel Joanna coś tam coś tam. Chciałam wypróbować jakiś inny żel ale nie zamierzałam kupować nowego żelu specjalnie do testów, więc skorzystałam z tego co brat miał w szafce.

Działanie: Bardzo zbliżone do żelu Anet, nie widzę większych różnic.
Inne kwestie: Cena do przeżycia, z przeprowadzonego przeze mnie wywiadu wynika ze ok. 8 złotych. Opakowanie zupełnie mi nie odpowiada, nie widać ile produktu pozostało, kiepsko się nabiera dodatkową porcję kiedy dłonie są już uciapkane żelem. Zapewne trudno wydobyć resztki z tubki. Skład dość zawiły, nie bawiłam się w jego analizę.



3. Pianka Taft - kupiłam ją daaawno temu jeszcze przed moim włosomaniactwem. Użyłam jej może z 5 razy i od tego czasu stoi w łazience nieużywana przez nikogo, co jest dość nietypowe bo wszystkie moje poprzednie pianki ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Skoro już ją znalazłam, postanowiłam przetestować i ją.
Pianka Taft...

Działanie: Użyłam jej tylko jeden raz. Wszystkich innych stylizatorów próbowałam po parę razy, ale ta pianka zniechęciła mnie do siebie dość skutecznie już za pierwszym. Włosy po wyschnięciu były postrączkowane mniej niż wtedy kiedy stylizuję je żelem. Za to owe strączki nie dały się w żaden sposób odgnieść, a miętosiłam włosy dość intensywnie. Tak więc włosy straciły sporo objętości i wyglądały dość mizernie. Musiałabym to chyba rozczesać. Dodam jeszcze, ze nie nałożyłam jej dużo - wycisnęłam dwie porcje wielkości dużego jajka. Dalej. Włosy były bardziej szorstkie niż zwykle - tylko odrobinę, ale wyczuwalnie. Były też bardziej sztywne, lekko suche. Na dobitkę - producent twierdzi że produkt ma włosy nabłyszczać - błyszczały słabiej niż zwykle. Pamiętam że nawet przed włosomaniactwem nie byłam zachwycona tą pianką, co już bardzo źle o niej świadczy bo wtedy nie zwracałam szczególnie uwagi na działanie produktów do włosów - musiało mi się coś porządnie rzucić w oczy.
Inne kwestie: Opakowanie typowe dla pianek. Cena powyżej dyszki. Zawiera alkohol denat, co ją u mnie dyskwalifikuje już na zawsze.


Odżywka Joanna. Grzywka gratis.
4. Odżywka bez spłukiwania Joanna zielona herbata i pokrzywa - odżywka również może posłużyć jako stylizator! Kupiona swojego czasu jako odżywka b/s ale nie stosowana zbyt regularnie. Obecnie nie ma swojego miejsca w pielęgnacji ale przyjdzie i jej kolej. Na razie zaangażowałam ją do pojedynczego testu.
Działanie: Po jej nałożeniu nie pojawiły się strączki, więc nie było czego odgniatać. Za to włosy były bardziej puchate niż zwykle - właśnie przez brak owych strączków pojedyncze włoski zaczęły porządnie odstawać od fryzury już na wczesnych etapach schnięcia. Nie obciążyła włosów a nałożyłam jej dość sporo. Był fajnie nawilżone i miękkie.
Inne kwestie: Podobnie jak przy żelu Joanna kłopotem jest opakowanie. Nie widać ile odżywki nam jeszcze zostało. Źle się ją nabiera - trzeba bardzo uważać żeby nie wylać jej za dużo, gdyż jest bardzo wodnista. Za to jest tania, opakowanie kosztuje ok. 4 złote. Skład bardzo przyzwoity.

Stylizacja żelem lnianym.
5. Żel lniany, czyli naturalny stylizator przygotowywany w domowym zaciszu z ziarenek lnu. Świetnie nawilża, używałam go już wielokrotnie jako składnika domowych masek na włosy i póki co jest u mnie faworytem jeśli chodzi o nawilżanie.
Działanie: Podobnie jak w powyższym przypadku, włosy po użyciu żelu lnianego nie zatchnęły w strączki, były od razu "gotowe do użycia".  Pojawiło się mniej puchu, włosy były pięknie poskręcane i nawilżone. I lśniące.
Inne kwestie: Jeśli już mogę na coś narzekać, to na konsystencję żelu i wynikające z niej problemy z nakładaniem  Żel ma postać mniej lub bardziej wodnistego gluta. Na palce nabrać go bardzo trudno więc trzeba wylać odrobinę na dłoń. I albo naleje się go bardzo malutko, albo wyleje się dość spory ( zazwyczaj za duży) glut, ciągnący za sobą kolejne. Trzeba nabrać wprawy.




Podsumowanie...
Jeśli coś stwierdziłam na podstawie powyższych testów, to tylko tyle, ze muszę ich zrobić więcej  żeby coś stwierdzić =)
Mam dowód na to, że mój skręt nie zależy w większym stopniu od użytego stylizatora. Jeśli nie będę włosom robić krzywdy produktami z alkoholem denat to będą się kręcić cokolwiek bym na nie nałożyła.
Główną rolą stylizatora ma być wygładzenie włosów, tak żeby się niepotrzebnie nie puszyły.

Stwierdziłam też, że muszę spróbować ułożyć włosy bez stylizatora. Ciekawe, jak taki samobieżny skręt będzie się prezentował.

wtorek, 14 maja 2013

Włosowa piramida

Pomysł na taką piramidę pojawił się kiedyś u Anwen. Przyznam skromnie ze dużo wcześniej sama wpadłam na bardzo podobny pomysł, ale nigdzie go nie publikowałam, no bo gdzie? Zobaczywszy więc wytwór mojej  wyobraźni pięknie zwizualizowany u Anwen wzruszyłam tylko ramionami. I o piramidce zapomniałam. Za to całkiem niedawno zobaczyłam taką u Weroniki, o tutaj, i stwierdziłam - a czemu nie? No i mam piramidkę i ja =)
Fajna, nie? =)

Codziennie poprzez subtelne sugestie namawiam moje włosy do szybszego porostu. Ot, tak od niechcenia maltretuję je wcierkami i to u samej nasady, żeby już za młodu wiedziały że mają rosnąć zdrowo i wydajnie. Wcierka na dobitkę okraszona jest masażem, tak, żeby cebulki nie mogły pozostać na nią obojętne. Gorzej. Żeby moje włosy wiedziały kto tu rządzi i nie miały innego wyboru jak ulegać mojej woli, skorumpowałam całe otaczające je środowisko  Przewidziałam, że włosy od zewnątrz to jedno, a cebulki to drugie. Otóż cebulki nie mogą sobie tak siedzieć w skórze i ignorować dobijającą się od góry wcierkę - dobrałam im się do siedzenia i od spodu, poprzez suplementację od wewnątrz. Buhaha.

Co 2 - 3 dni moje włosy obowiązkowo spotykają się ze szczotką, chociaż zazwyczaj zdarza się to trochę częściej. Później są raczone słabszym detergentem, rzadziej czymś mocniejszym; na jakieś 20 minut zostawiam je sam na sam z odżywką. Przykrywam ręcznikiem i idę w miejsce odosobnione, nie patrzę, nie przeszkadzam im. Niech się sobą nacieszą. Odżywki się zmieniają dość często, ale zamierzam popytać moje włosy co ich idealna odżywka musi mieć. Mężczyzn idealnych nie ma, niech chociaż moje włosy mają idealną odżywkę. Po odżywce idzie stylizacja, czyli rytuał w którym przy użyciu przemocy, głównie fizycznej ( przemoc psychiczna jest stosowana codziennie, patrz punkt wyżej. Różnorodność to podstawa pielęgnacji.) moje włosy są namawiane do skręcania się. Tego chyba bardzo nie lubią bo kręcą się ochoczo same, zanim spadnie na nie moja karząca ręka. Ale profilaktycznie używam owej ręki regularnie, na koniec przyduszając włosy arafatką ( włosomaniaczki w których pielęgnacji jest mnie patologii nazywają to ręcznikowaniem czy jakoś tak). Uważam że to i tak mało - używam tylko gołych dłoni, a kiedyś moje włosy były smażone przy użyciu specjalistycznych narzędzi tortur.

3 -4 razy w miesiącu funduję moim włosom totalny odjazd. Pakuję na nie olej i tak sobie leżą razem przez noc całą, po ciemku i na jednej poduszce. Wtuleni w siebie. Przy czym 2 -3 razy na miesiąc to zupełne minimum. Potem co prawda rozdziela ich woda i detergent, ale ta miłość daje moim włosom siłę na przetrwanie kolejnego tygodnia.

Co miesiąc następuje kontrola przyrostu. I powiem krótko - tutaj włosy wygrywają. Opanowały do perfekcji sztukę uników, na widok zbliżającej się do nich miarki wiją się we wszystkie strony i robią co tylko mogą aby pomiar nie był wiarygodny. To ich jedyna linia obrony przed codziennym wcierkowo - suplementowym terrorem.
Planuję też mniej - więcej co miesiąc raczyć moje włosy kasją.

Raz na pół roku moje włosy mają planowane spotkanie z nożyczkami. Nożyczki pozwalają im odejść w pokoju, na lepszy świat gdzie nie było prostownic i silikonowych sprejów na alkoholu. Pozwalają też zacząć końcówkom życie od nowa, wymazują ich winy jak wizyta w konfesjonale. Mogą one zacząć swe życie zupełnie od nowa, z czystym kontem i bez żadnych rozdwojeń. Niestety notuje się wzrost depresji wśród moich włosów i bardzo silną chęć odejścia na tamten świat w szybszym tempie. Mechanizm ich działania nie został jeszcze do końca rozpracowany, w każdym razie wiadomo, że oddziaływują one w jakiś przedziwny sposób na mój mózg. Powoduje to pojawienie się natrętnej myśli o podcinaniu włosów, która przeradza się w chęć zrobienia tego jak najszybciej. Do niedawna mechanizm ten działał całkiem sprawnie, jednak włoski się przeliczyły. Czas swobody i częstego podcinania minął bezpowrotnie, a nastąpiła era wcierkowej tyranii. Włosy będą podcinane tylko raz na pół roku lub częściej, jeśli zajdzie taka potrzeba. Najchętniej nie obcinałabym ich wcale aż do momentu w którym naprawdę byłaby taka potrzeba - ale niestety, kiedyś muszę zejść z cieniowania.
Najbardziej sterane życiem włosy decydowały się też masowo na śmierć samobójczą, jednak obecnie i tą możliwość im znacznie ograniczyłam - wcierki skutecznie powstrzymują ich wypadanie i włosy już nie mogą się tak po prostu urywać, jak ja kiedyś ze szkoły.

W tej prostej piramidce mieści się właściwie wszystko, co robię z moimi włosami. I sądzę, ze przez długi czas nie będzie w niej większych zmian.