Tematyką bloga ma być pielęgnacja moich włosów oraz ich zapuszczanie. Blog mam mi służyć głównie jako miejsce zapisywania różnych spostrzeżeń, obserwacji związanych z pielęgnacją włosów, a także jako źródło informacji dla osób zainteresowanych tematem.

wtorek, 26 listopada 2013

Coraz więcej zniszczonych końcówek- co robić?

W ostatniej aktualizacji wspominałam, że moje włosy rozdwajają się w perfidny sposób, nie na samych końcówkach, ale na długości i przy cieniowaniu. Oczywiście walczyłam z problemem: olejując włosy przed każdym myciem, później pokrywając je warstwą silikonowego serum, i zaplatając - sporadycznie zdarzało mi się nosić je rozpuszczone.
Sytuacja się nie poprawiła, wręcz przeciwnie, pogarsza się. Rozdwojeń jest więcej, pojawiają się miotełki, włosy rozszczepiają się też powyżej końcówek. Jest źle. Bardzo.
Oczywiście większość włosów jest zdrowa, ale ilość tych zniszczonych ciągle wzrasta.
Sądzę że 95% włosomaniaczek w mojej sytuacji pobiegłoby obciąć zniszczenia. Niektóre z bardzo ciężkim sercem, bo zapuszczają włosy. Moje serce było wyjątkowo ciężkie, ponieważ od 2 lat ciągle tylko obcinam to co mi urosło. Dlatego wzięłam też pod uwagę inną opcję - wycinanie pojedynczych zniszczeń w domu, przy nauce. Czyli metodę nazywaną search & destroy.
Nazwa pochodzi z anglojęzycznego forum LHC (Long Hair Community) i tam stosuje ją mnóstwo osób które zapuszczają włosy i chcą uniknąć obcinania włosów. Więcej o tej metodzie pisała swojego czasu Henri.

Wypisałam sobie plusy i minusy obu opcji: obcięcia włosów i wycinania jedynie zniszczonych końcówek. I tak:
           Jeśli obetnę:           
+ Będę mieć jeden duży problem z głowy - tym problemem jest cieniowanie z którego jestem bardzo niezadowolona, którego chcę się pozbyć i więcej do niego nie wracać.
+ Będę mieć ładniejsze warkocze, ponieważ nie będą z nich wyłazić wycieniowane końcówki, a koniec warkocza nie będzie zdecydowanie cieńszy.
+ Końcówki będą w lepszym stanie - świeżo podcięte i gęstsze.
+ Końcówki będą również łatwiejsze w utrzymaniu - bo będą równe. Łatwiej będzie mi je pokryć silikonem, a przy podcięciach będę odświeżać wszystkie końcówki, a nie tylko ich część ( podczas gdy te wycieniowane wyżej będą się niszczyć coraz bardziej).
+ Będę mieć w końcu równą linię włosów ( a nie w kształcie litery "U") - i tutaj można by powtórzyć wszystkie powyższe punkty.

- 10-12 cm to minimalna długość jaką musiałabym obciąć żeby wyrównać włosy z cieniowaniem. Lekko licząc - byłabym co najmniej 8 miesięcy do tyłu (licząc po 1 -1,5 cm przyrostu na miesiąc). To za dużo.
- I tak zostaną mi zniszczenia wyżej - wycieniowane pasma są zniszczone jeszcze wyżej. Czyli albo obetnę jeszcze więcej włosów, albo obetnę ich i tak dużo, a nie pozbędę się zniszczeń.
- Obetnę dużo, potem zaniedbam ( bo przecież teraz są zdrowe)... a jak odrosną to znowu będą zniszczone i do obcięcia.
- Obetnę i zobaczę: "O, już niewiele mi brakuje żeby zacząć wyrównywać włosy z grzywką!". I będzie kusić. Grzywka w najdłuższym miejscu jest za obojczyk, w najkrótszym ledwo się łąpie do niskiego kucyka związanego na karku.
- Pójdę do fryzjerki i obetnie za dużo lub nie tak ( znowu mi zafunduje jakąś literę "U" lub, tym razem, inne cieniowanie). Poproszę o przysługę mężczyznę to albo odmówi obcięcia aż takiej ilości włosów, albo zacznie ciąć z rozmachem ( "w końcu to dużo, nie ma opcji ze przesadzę") i... przesadzi.

     Jeśli zostawię:     
+ Będę dumna że nadal trwam w moim postanowieniu (unikanie obcinania włosów jak się da, wytrwałe zapuszczanie).
+ Szybciej osiągnę mój cel jakim są włosy sięgające bioder.
+ Będę mieć większą motywację do zapuszczania i nie będą mnie kusić kolejne podcięcia.
+ Zmotywuję się też do częstszego upinania włosów w koki, do zaplatania ich, będę dbać o nie jeszcze bardziej i uczyć się nowych fryzur.
+ Radość z coraz większych możliwości robienia upięć i zaplatania włosów.
+ Z cieniowania będę schodzić powoli, metodą bardzo delikatnych podcięć co jakiś czas, a w międzyczasie będę wycinać pojedyncze zniszczenia.

- Nie pozbędę się cieniowania tak prędko. Będę się z nim męczyć dopóki nie zapuszczę włosów do bioder ( bo wtedy będę już ciąć włosy na bieżąco), chyba że drobne podcięcia uwolnią mnie od tego przekleństwa wcześniej.
- Wycinanie pojedynczych zniszczeń jest czasochłonne i monotonne.
- Wycinając zniszczenia jeszcze bardziej przerzedzę sobie końcówki.
- Moje warkocze będą na końcach coraz cieńsze i cieńsze, a wycieniowane końcówki będą wyłazić z nich i strzępić się jeszcze bardziej.
- Jeśli szybko nie pozbędę się zniszczeń, będą się one przesuwać  górę.
- Nie jestem pewna moich nożyczek - jeśli są złe, to obcięte nimi włosy będą się rozdwajać od nowa.

           Decyzja          
Nawet dla mnie przeważają argumenty przemawiające za obcięciem włosów, i tak bym zrobiła, gdybym nie musiała ich obciąć aż tyle. Dlatego na razie dam moim końcówkom jeszcze szansę - będę wycinać zniszczenia i zawsze upinać włosy - żadnych zwisających końcówek, muszą one być upięte i schowane. Jeśli będę widziała postęp i zniszczeń będzie ubywało, będę kontynuować mój plan, a również od czasu do czasu będę minimalnie podcinać końcówki aby stopniowo schodzić z cieniowania. Jeśli jednak sytuacja się nie poprawi, nie widzę już innego rozwiązania jak obcięcie sporej części włosów. Najpóźniej w styczniu postaram się podsumować stan włosów - czy się poprawił i jak.

Idę się uczyć anatomii, a przy okazji nożyczki w dłoń =).

           Rozdanie           
A na koniec jeszcze dużo przyjemniejsza informacja - zapraszam wszystkich do wzięcia udziału w rozdaniu u Henri. Do wygrania są trzy zestawy kosmetyków do włosów. Więcej informacji można znaleźć w jej poście, po kliknięciu w zdjęcie poniżej:
http://henri-and-her-hair.blogspot.com/2013/11/potrojne-rozdanie-triple-giveaway.html

sobota, 16 listopada 2013

Płukanka do włosów z L- cysteiną

O takiej płukance po raz pierwszy przeczytałam u Anwen, jednak nie zainteresowała mnie ona na tyle, żeby kupić własne opakowanie cysteiny i ją wypróbować. Skłonił mnie do tego dopiero post Kaścyska. Pamiętam ze szczególnie przykuła moją uwagę wzmianka o zwiększeniu objętości włosów, chociaż obietnica poprawienia skrętu włosów też pewnie miała w tym swój udział.

           A czym w ogóle jest cysteina?          

Jest to jeden z dwóch aminokwasów ( czyli podstawowych cząsteczek budujących białka) zawierających siarkę. Drugim takim aminokwasem jest metionina. Dlaczego więc do płukanki dodajemy akurat cysteinę? Ponieważ jest ona jednym z budulców włosa. Oczywiście nie ma co liczyć na to, ze po takiej płukance cysteina wbuduje się we wszystkie wolne miejsca i zamieni zniszczone włosy w nowo narodzone zadbane pasma =) ale z pewnością ma ona pozytywne działanie na nasze włosy.
Włosy zawierają około 5% siarki, natomiast związki siarki to ok. 23% składników budujących nasze włosy. Jasne włosy zawierają więcej siarki, natomiast ciemne zawierają jej najmniej. Za to rudę mogą zawierać do 10% tlenku żelaza, podczas gdy włosy w innych kolorach mogą go mieć tylko 2% ( taka dygresja, i raczej nie uda się zrobić płukanki z tlenkiem żelaza od której włosy zrudzieją).
Zastanawiało kogoś z was co oznacza owo tajemnicze "L" przed cysteiną?  Mnie tak. Chodzi o "odmianę" cysteiny. L-cysteina jest aminokwasem występującym w przyrodzie i budującym białka. Natomiast D-cysteina jest spotykana znacznie rzadziej i nie buduje białek, więc nie byłaby dla nas zbyt użyteczna. Obie cysteiny różnią się budową cząsteczki, ale ich skład jest taki sam. No i po tym wstępie...

           ...przejdźmy do bardziej praktycznych informacji.          

Moją cysteinę kupiłam w sklepie z półproduktami kosmetycznymi. Jest taniutka i następnym razem zamówię większą jej ilość.
Cysteina śmierdzi siarką. Tzn - dla jednych śmierdzi, i owszem. Mi jej zapach nie przeszkadza ani trochę, ale jest mało zapachów, które naprawdę mnie odpychają. Poza tym cysteina nie wygląda odpychająco, ot, zwykły biały proszek.
Zalecam ostrożność przy otwieraniu cysteiny - gwałtowne otworzenie słoiczka i wciągnięcie haustu powietrza z odrobiną cysteiny która wyfrunęła ze słoiczka sparaliżowało mój zmysł węchu na dobre pół godziny.
Płukankę przygotowuję według przepisu z tej strony:
10% aloes zatężony 10x (płaska łyżeczka 5 ml)
3% L-cysteina (ok. 2.5 płaskie łyżeczki 1 ml)
1% panthenol 75% (0.4 ml)
1% witamina B3 (płaska łyżeczka 1 ml)
85% woda(42.5 ml)
z małą modyfikacją -  nie dodaję witaminy B3 ( bo jej nie mam), z podanych składników robię ok 100 ml płukanki.
Włosy po umyciu i odżywce lekko osuszam i polewam kilka razy tą płukanką. Nie spłukuję jej. Po wyschnięciu włosów zapach cysteiny znika, za to przy powąchaniu włosów z bliska czuć siarkę. Mi się ten zapach zdecydowanie podoba ( od dziecka byłam małym piromanem, więc nic dziwnego). Po zmoczeniu włosów zapach cysteiny powraca, jednak po dwóch - trzech myciach nie ma już po nim śladu.

          Efekty!          


Moja grzywka po płukance - z lewej zdjęcie z lampą, z prawej bez. Nie sądzicie że loki i fale lepiej fotografować bez lampy, bo lepiej widać ich strukturę? Włosy umyte szamponem Natura Siberica do wszystkich rodzajów włosów, później Balsam Green Pharmacy z olejem arganowym i wyciągiem z granatu, płukanka cysteinowa i do stylizacji stary dobry żel Anet.
Moje włosy zdecydowanie ją lubią =) Są po niej gładkie. Gdy poleję włosy płukanką z cysteiną, robią się bardzo gładkie, śliskie, w dotyku są jakby pokryte cieniutką warstewką czegoś na kształt śluzu - zatrzymują wokół siebie wodę. Śluz może brzmi niezbyt zachęcająco, ale włosy w dotyku są naprawdę gładziutkie i przyjemne. Bardzo mnie ten efekt zdziwił - zazwyczaj po proteinach moje włosy były bardziej szorstkie, splątane, suche. Być może to kwestia dodatków do płukanki.
Po wyschnięciu włosy nadal są gładkie, miękkie, nie spuszone. Ale przede wszystkim są bardziej elastyczne, co bardzo mi się spodobało. Nie lubię bardzo miękkich włosów, w moim przypadku nie jest to efekt pożądany. Po cysteinie nie wiszą one smętnie, nie odkształcają się od zaplecenia w warkocz na 5 minut. Są dużo bardziej oporne na odkształcenia - po prostu zamiast iść po najmniejszej linii oporu jakby zaczęły mieć własne zdanie =).
Za to nie zauważyłam ani zwiększenia objętości ani wzmocnienia skrętu - czyli nie ma obu efektów których obietnica skusiła mnie do zakupu cysteiny. Ale i tak jestem zadowolona.

O czym pisać w następnym poście - chwalić się moją koroną z warkocza czy usiłować zrecenzować balsam do włosów Seboradin? Ewentualnie ( ale troszkę później) mogę napisać o masażu skóry głowy lub pokazać różę z warkocza w moim wykonaniu ( jeszcze muszę troszkę poćwiczyć).

czwartek, 24 października 2013

Po prostu aktualizacja - wrzesień i październik 2013

Witam wszystkich po długiej przerwie. Ktoś mnie czyta? =)

Aktualizacja długości co 2 miesiące nie jest zła, gorzej jeśli poza nią nie pojawiają się żadne inne posty. No ale - od poprzedniego posta o odżywce Aussie nie zużyłam żadnej odżywki, dopiero za tydzień może dobiję do dna balsamu Seboradin. Żadnych innych cudów z włosami także nie robiłam, może poza bezefektownym rozjaśnianiem włosów rabarbarem ( o którym może jednak wypadałoby napisać parę słów). A postów wyciągniętych z pomiędzy mięśni pośladkowych wielkich pisała nie będę.
W takim razie będzie o tym jak moje włosy sobie żyły przez ostatnie 2 miesiące, i obrazki.

           Przeklęte cieniowanie i batalia końcówkowa.          

Wrzesień 2012. Moje owłosienie skóry głowy ścięte na mniej-więcej prosto i nie wycieniowane. Tęsknię.

   Wkurza mnie zbyt mocne cieniowanie włosów które zafundowałam sobie na początku marca tego roku ( przy okazji koncertu Sabatonu w Krakowie, po powrocie włosy były tak poszarpane że następnego dnia po prostu uchlastałam część końcówek. Niepotrzebnie.). Nie podoba mi się też zaokrąglony dół gdyż krótsze pasma po bokach niszczą się i są bardzo przerzedzone. Te pasma po bokach były kiedyś w grzywce, ewentualnie tworzyły fantazyjne pejsy w stylu mangowym. Grzywka dopiero gdzieś tam sobie rośnie, a dłuższe pejsowe pasemka powiewają sobie smutno. Wyglądają jakby były po całej długości przejechane degażówką mściwej fryzjerki, no i rozdwajają się na potęgę. Problem zniknie dopiero gdy dobrnę do grzywki, a że wolę zapuszczać włosy niż je podcinać ( czasem się łamię, ale coraz rzadziej) - no to cóż, jeszcze sobie trochę pożyję z takimi włosami. Wycieniowana partia też się rozdwaja. Nie włosy na końcach, ale właśnie na długości. Jakieś 10 -15 cm od końcówek jest usiane rozdwojeniami, ewentualnie włosami z białymi kropeczkami. Dalej albo włosy są już całkiem zdrowe, albo mój wzrok nie sięga - nie wiem.
   Przyczyn takich zniszczeń nie znam, podejrzewam że to suma czesania suchych włosów szczotką TT, noszenia ich rozpuszczonych lub w warkoczu ( wycieniowanie końcówki wystają i ocierają się o wszystko), i pewnie basenu. Dużo tego nie ma, ale wolałabym, żeby nie było wcale.
   Oczywiście podjęłam pewne działania, przede wszystkim włosy zostały podcięte. Na prosto, tak żeby  wrócić do prostej linii włosów jaką osiągnęłam chyba w kwietniu- maju 2012 roku. Jak się miało, to trzeba było szanować... w najdłuższym miejscu zostałam pozbawiona ok 2-3 cm włosów. Rożnicy w długości nie zauważyłam. Zaokrąglonych boków cięcie niestety nie złapało, następnym razem już powinny zostać wyrównane wszystkie włosy. Niestety ani cieniowania, ani zniszczonych końcówek się nie pozbyłam, bo są wyżej. Ale jest pewien postęp.
   Zniszczone końcówki będę wycinać. Nie lubię tego, bo to nudne, monotonne i czasochłonne zajęcie, ale student zawsze znajdzie czas i na takie rzeczy, szczególnie gdy ma dużo nauki na głowie =). Na razie wycinanie pojedynczych końcówek odkładam na listopad - nożyczki zostały w domu żeby mnie nie kusiło podcinanie. Po długim weekendzie przywiozę sobie nożyczki i będę się mścić na końcówkach.
   Od początku września olejuję moje włosy przed każdym myciem, na minimum parę godzin. Chyba tylko 3 lub 4 razy zdarzyło mi się umyć włosy bez wcześniejszego nakładania oleju. Włosy są bardzo zadowolone, szczególnie końcówki - praktycznie nie zdarza mi się, żeby były suche. Rozdwajanie się również nie postępuje zbyt szybko, nie pojawia się więcej zniszczeń, nie zauważyłam żeby już obecne zniszczenia pięły się znacznie w górę. Bardzo mnie to cieszy.
Wrzesień 2013 - początek miesiąca, zaraz po podcięciu.  I niedomyty olej. Włosy już nieśmiało wyłażą poza zapięcie od stanika.
I jeszcze zdjęcie mojego koczka zawijańca. do września nosiłam go bardzo często, ale końcówki i tak mi się porozdwajały.


           Obecnie używane mazidła         

Do olejowania używałam olejku Alterra brzoza i pomarańcza. Teraz, gdy się skończył, używam oleju ze słodkich migdałów, i olejku Alterry migdał i papaya.
Do mycia używałam przez chwilę szamponu Naturia Siberica do wszystkich rodzajów włosów, i mam dość ciekawe spostrzeżenia z nim związane. Niestety szampon został w domu ( przywiozę razem z nożyczkami) i obecnie używam sprawdzonego żelu do higieny intymnej Facelle Sensitive z Rossmanna.
Jeśli chodzi o odżywki, kończę już balsam Seboradin z żeń-szeniem, czasami zdarzało mi się użyć jakiegoś innego mazidła, ale przez 85% czasu używałam Seboradinu.
Zaprzestałam regularnej stylizacji. Żel Anet (a raczej jego resztki) został w domu. Obecnie używam od czasu do czasu balsamu Nivea Flexible Curls - nie jest zły ale nie spełnia moich wszystkich wymagań. Taki sobie.
Końcówki niezmiennie zabezpieczam jedwabiem Marion Natura Silk.

           Przyspieszanie porostu?          

Pupa. Na mieszkaniu nie mam komfortu przyrządzania mikstur do picia, chociaż usiłuję wrócić do ich regularnego używania. Zresztą, zaprzestałam ich przygotowywania już we wrześniu, kiedy jeszcze bytowałam sobie w domu z rodzicami.
Od 2 tygodni używam regularnie Jantaru.

           Długość =)           

Oh yeah! Moje włosy sięgają już zdecydowanie za zapięcie od stanika! Nie wiem kiedy tak szybko urosły - czyżby brak suplementacji im służył? Pomiaru niestety nie mam, zrobię go pod koniec miesiąca i wpiszę aktualne dane w pasek po prawej stronie.
Po skończeniu tego posta idę do łazienki, przewiążę się wstążką w talii i będę oglądać ile mi jeszcze do talii brakuje.  A za talią już biodra, a jak będę mieć włosy do bioder to będę je regularnie podcinać aż się pozbędę cieniowania i wyrównam włosy z grzywką. O jak się cieszę =).
Obecna długość, w mocnym świetle słonecznym, bez lampy. Widać takie sobie działanie balsamu Seboradin i studencki bajzel w tle.

Zdjęcie sprzed 2 miesięcy. Patrzymy na linijki tekstu "Hit the lights" i porównujemy z poprzednim zdjęciem. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że tutaj są bardziej skręcone.

           Troszkę prywaty.           
   Obecnie mieszkam w Łodzi. Rzuciłam pracę i zaczęłam studiować kosmetologię.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Parę słów o Aussie, 3 Minute Miracle Reconstructor

Odżywkę tą kupiłam kierowana zgubnym wpływem autorki tego bloga.
Zdjęcie z ebaya, własnego nie mam.
               Cena, dostępność i narzekanie               
Nie byłam do tej odżywki zbyt pozytywnie nastawiona. Reklamowana, zachwalana odżywka o przeciętnym składzie, za dość wysoką cenę... Mimo to przy wizycie w Rossmannie zwróciłam na nią uwagę. Duże opakowanie, 250 ml za 30 zł, uznałam za przesadę - nie dałabym tyle pieniędzy za odżywkę, do której nie jestem przekonana, a wręcz przeczuwam że się nie sprawdzi. Za to na półce z miniaturowymi wersjami różnych mazideł trafiłam na opakowania po 75 ml ( takie jak na zdjęciu). Cenowo wyglądało to jeszcze gorzej, bo takie opakowanie kosztowało ok 13 zł... Czyli, w przeliczeniu, ponad 50 zł drożej za litr i tak już drogiej odżywki ( minuta ciszy).
No dobra, ale 13 złotych to jeszcze nie tak wielka kwota, a 75 ml to pojemność z którą w razie czego nie będę się musiała długo męczyć. I w ten sposób dałam się skusić.

               A jak w środku?               
Odżywka ma bardzo mocny i ładny zapach. Jest jedno ale - zapach "na pierwszy rzut nosa" jest niesamowicie chemiczny, i dopiero w głębi kryje się przyjemny, słodziutki, kwiatkowo-cukierokowo-gumowo balonowy zapach. Ja takich chemicznych zapachów nie znoszę, ale z tym nie było tak źle. Odżywka ma żelową, niezbyt gęstą konsystencję, ale nie przelewa się przez palce. Jest w sam raz. Ma też beżowy kolor, uzyskany dzięki barwnikom które producent mógłby sobie darować...

               Co też nam producent obiecuje?               
Napis z przodu opakowania dumnie głosi że owe mazidło ma głęboko odżywiać nasze zniszczone włosy. Ekstrakt z melisy australijskiej jest w tej odżywce cudownym składnikiem który ma naprawiać wszystko co złe, wygładzać włosy, nabłyszczać etc etc. Wystarczy spojrzeć w skład żeby zobaczyć, że owego ekstraktu zbyt wiele w odżywce nie ma. (skład można zobaczyć tutaj).

               No to jazda. Odżywka w akcji.               
- Nałożona na mokre włosy zaraz gdzieś znika i o jej obecności świadczy głównie jej mocny zapach. Nie potrzebowałam jej wiele do pokrycia całych włosów, jest wydajna, ale...
- Żeby móc w miarę bezboleśnie rozczesać mokre włosy trzeba było dołożyć kolejną porcję tej odżywki, i to dość sporą. Włosy rozczesuję palcami i znam produkty, po których z rozplątaniem włosów nie miałam najmniejszych problemów. Ta odżywka trochę mi pomaga, ale cudów nie ma.
- Zapach jest mocny i trzyma się na włosach jak mało co. Jest wyczuwalny nawet na suchych włosach.
- Producent obiecuje wygładzanie i domykanie łusek włosa i muszę powiedzieć, ze odżywka faktycznie ma takie właściwości. Opcje są dwie - z żelem i bez.
Przy użyciu żelu, włosy krótko po wyschnięciu ( suszę je rozpuszczone) nie wyglądają zbyt pięknie, są matowe i wszędzie sterczą odstające włoski. Ale po upływie godziny - dwóch cała fryzura się wygładza, odstające włoski znikają i włosy pięknie lśnią, odrobinę mocniej niż zwykle. Proces przyspiesza spięcie czy zaplecienie włosów.
Beż żelu otrzymuję istną lwią grzywę, poszarpaną we wszystkie strony. Odżywka włosów nie wygładza, a jedynie nabłyszcza. Ale w tym przypadku lśniąca jest nie cała tafla włosów, ale każdy malutki włosek osobno. Pomaga dopiero spięcie włosów na dłuższy czas. Ja wiem, tutaj winą jest brak żelu, ale można też wywnioskować, ze Aussie włosów nie dociąża ani trochę.


Dopiero co wyschnięte ( a może jeszcze odrobinę wilgotne?) włosy. Po lewej - szampon, odżywka Aussie i żel. Po prawej - ten sam szampon i odżywka Aussie, bez żelu.

-  Nie zdarzyło mi się, aby moje włosy były po tej odżywce obciążone. Są lekkie jak pierze i fruwają wszędzie wokół, trzeba je jakoś zdyscyplinować. Są też miękkie, ale przy moich cieniutkich włosach dodatkowe zmiękczenie nie jest zaletą...
- Krótko po jej użyciu końcówki są odrobinę suche. Potem dochodzą do siebie.
- Nałożona blisko skalpu przyspiesza przetłuszczanie się włosów. Tak wnioskuję po jednorazowym eksperymencie  =)
- Odżywka jest wydajna, 75 ml starczy mi na ok 10 myć.
               Podsumowanie               
Aussie nie jest zła. Mimo przeciętnego składu działa całkiem przyzwoicie. Ma ładny zapach, dobrą konsystencję. Jej wysoką cenę rekompensuje wydajność, jednak cena i tak jest trochę zbyt wysoka.
Nie kupię jej jednak ponownie, a jeśli już to nieprędko. Znam już produkty o lepszym działaniu i odrobinie niższej cenie, a poza tym wolę  dalej eksperymentować i szukać nowych dobrych odżywek do włosów, niż zostawać przy tej, która po prostu czterech liter mi nie urywa.